home

„Książka nie jest towarem!”

Z czego jednak mają żyć autorzy?

Świat musi znaleźć alternatywny sposób wynagradzania twórców.

II

Obywatel i Obywatelka Rogetowie Germyn szli ulicą Sosnową w chłodzie i mroku poranka ponownego – miejmy nadzieję – Odtworzenia Słońca.

Obyczaj wymagał, żeby tego dnia udawać, iż jest to zwykły dzień jak co dzień. Nie należało zatem zbyt często spoglądać z oczekiwaniem w niebo ani nie sprawiać wrażenia zakłopotanego czy zaniepokojonego z tego powodu, gdyż w końcu był to czterdziesty pierwszy taki dzień, a ci których specjalnością była Kontemplacja Nieba byli przekonani, że to Odtworzenie Słońca jest już blisko.

Obywatel i jego Obywatelka wymienili „gesty-rozpoznania” z kilkoma starymi przyjaciółmi i zatrzymali się, by chwilę porozmawiać. Tu również obyczajnie unikano głównego tematu. Rozmawiano bez odnoszenia się do czegokolwiek, co którykolwiek z uczestników mógł wiedzieć, myśleć lub chciałby się zapytać.

Germyn zadeklamował dla przyjaciół dwudziestowyrazowy wiersz napisany dla uczczenia tej okazji i wysłuchał ich odpowiedzi. Pobawili się trochę w słówka, dopóki ktoś nie okazał zniechęcenia, okazując to „podwójną-zmarszczką” na czole. Gra została zgrabnie zakończona improwizowaną podmianą rymów.

Germyn od niechcenia spojrzał w górę. Zmiany na niebie jeszcze się nie zaczęły. Stare, umierające słońce wisiało dokładnie nad horyzontem, na południowym wschodzie, trochę bardziej na południe niż na wschód. Brzydka myśl przyszła mu do głowy; a co, jeśli słońce nie zostanie odtworzone dzisiaj. Tylko przypuśćmy, pomyślał. Albo jutro. Albo...

Albo nigdy.

Obywatel wziął się w garść.

— Zjedzmy obiad w owsianych budkach — powiedział do żony.

Obywatelka nie odpowiedziała od razu, a gdy Germyn spojrzał na nią, maskując starannie zdziwienie, stwierdził, że wpatruje się z wybałuszonymi oczami w jakiegoś Obywatela, który wymachując rękami, niemal biegiem nadchodził ulicą. Zupełnie bez wdzięku.

— Bardziej wygląda na Wilka niż człowieka — stwierdziła niepewnie.

Germyn znał tego faceta. Nazywał się Tropile. Jeden z tej osobliwej grupy osiedlonych za miastem, mimo że nie byli rolnikami. Germyn miał już z nim do czynienia w banku – a raczej miałby, gdyby to zależało od tamtego.

— Beztroski człowiek — podsumował — i źle wychowany.

Ruszyli do owsianych budek krokiem Obywateli – ręce luźno opuszczone, stopy unoszone niezbyt wysoko, nieco pochylając się do przodu. Był to odwieczny krok tysiąca pięciuset kalorii dziennie, z których żadna nie mogła się zmarnować.

*

Potrzeba było więcej kalorii. Tyle na chodzenie, tyle na gromadzenie żywności. Tyle na oszczędne dostarczenie przyjemności Obywatelom, tyle... – och, dużo więcej, zwłaszcza teraz! – by uchronić się przed zimnem. A przecież nie było więcej kalorii; dieta, którą stosował cały świat, podtrzymywała jedynie istnienie.

Ciężko było dobrze uprawiać rolę w sytuacji, gdy połowa światowych terenów przez część czasu zalewana była wzbierającymi wodami mórz, a przez część przyduszona opadami śniegu.

Obywatele o tym wiedzieli, a wiedząc, nie walczyli – walka była przygnębiająca, zwłaszcza, że nie można było zwyciężyć. Jedynie Wilcy... No cóż, Wilcy walczyli, marnując kalorie i okrywając się niesławą.

Obywatel Germyn zwrócił swoje myśli ku bardziej przyjemnym sprawom. Pozwolił sobie na „pierwszy-przedsmak” owsianki. Będzie ciepła w misce, gorąca w przełyku, a w brzuchu pojawi się sytość. Duża porcja przyjemności w taką pogodę jak dziś, gdy chłód przenika przez poluzowane szwy, a wiatr duje ze wzgórz. Nie, żeby to nie było przyjemne, gdy jest jedynie zimno. A dzisiaj, tuż przed odnowieniem słońca, nikogo nie dziwiło, że się marznie, gdy stare słońce jest brudnoczerwone, a nowe się jeszcze nie rozpaliło.

— ...wciąż robi na mnie wrażenie Wilka — pomrukiwała jego żona.

— Trzymaj krok — Germyn zganił swoją Obywatelkę, osłabiając uraz „dwuznacznym-uśmiechem”.

Mężczyzna o złych manierach stał przy samym kontuarze owsianego stoiska, które było ich celem. W półmroku późnego poranka wydawał się składać z samych kątów i naprężonych linii. Niezgrabnie przekrzywił głowę, zerkając przez ramię na zaplecze stoiska, gdzie sprzedawca rytmicznie odmierzał ziarno do naczynia. Ręce trzymał nieporządnie na kontuarze, zamiast opuścić je swobodnie po bokach.

Obywatel Germyn poczuł, jak jego żona nagle się wzdryga. Tym razem jej nie zganił, bo jak można było jej coś zarzucić? Ten widok budził zgorszenie.

— Obywatelu — odezwała się słabym głosem — może byśmy dzisiaj zjedli chleb?

Germyn zawahał się, po czym jeszcze raz spojrzał na tego obrzydliwca.

— Nie ma żadnych przeszkód, żeby w dniu Odtwarzania Słońca Obywatelka zjadła chleb — powiedział pobłażliwie, świadomy swojej pobłażliwości. Biorąc pod uwagę okoliczności, była to tylko drobna łaska i, w związku tym, bardzo obyczajna.

Skinął głową na żonę i wyszedł.

Chleb był dobry, bardzo dobry. Podzielili się połową kilograma i zjedli w milczeniu, jak należało. Germyn skończył swoją pierwszą kromkę i w nakazanej przerwie, przed napoczęciem drugiej, dla odświeżenia oczu spojrzał do góry.

Stare słońce nad głową wyskrobało resztki ze swojej ostatniej beczułki ciepła. Było większe niż otaczające je gwiazdy, ale wiele z nich było niemal tak samo jasne.

— Dzień dobry Obywatelu Germyn — rozległ się wysoki męski głos.

Germyn zachwiał się. Porzucił widok nieba, odwrócił się i widząc twarz osoby zwracającej się do niego, podniósł rękę w „geście-rozpoznania”. Zrobił to bardzo szybko i płynnie – może trochę zbyt szybko, gdyż palce złożył niemal w gest dla kobiet, podczas gdy tamten był mężczyzną. Obywatel Boyne. Germyn znał go dobrze; w zeszłym roku uczestniczyli wspólnie w Kontemplacji Lodu na Niagarze.

Germyn odzyskał szybko panowanie nad sobą, chociaż wprawiło go to w zakłopotanie.

— Widać gwiazdy — zaczął szybko — ale czy one wciąż tam będą, jeśli nie będzie słońca? — Była to pośpieszna improwizacja, ale nie wątpił, że Boyne złapie się na to i pociągnie temat. Boyne zawsze był wdzięcznym obiektem w takich chwilach.

Ale nie tym razem.

— Dzień dobry — powtórzył nieśmiało. Spojrzał do góry, jak gdyby próbując zrozumieć to, co powiedział Germyn i dodał oskarżycielsko ostro załamującym się głosem: — Tam nie ma żadnego słońca, Germyn. Nie sądzisz?

— Obywatelu, być może ty... — zaczął Germyn, przełykając ślinę.

— Żadnego słońca, słyszysz! — załkał Boyne. — Jest zimno, Germyn. Piramidy nie mają zamiaru dać nam nowego słońca, dotarło już do ciebie? Chcą nas zagłodzić, zamrozić, wykończyć. Jesteśmy skończeni, wszyscy! — prawie się rozbeczał.

Na całej Sosnowej ludzie starali się nie patrzeć na niego, choć nie wszystkim się to udawało.

Boyne przywarł bezradnie do Germyna. Ten, zgorszony – Kontakt Cielesny! – szarpnął się w tył .

Wydawało się, że mężczyzna odzyskuje zmysły. Rozejrzał się przytomniej.

— Ja... — zająknął się i spojrzał na Germyna. — Chyba na śniadanie zjem chleb — oznajmił ni w pięć ni w dziewięć i zanurkował do budki.

Boyne, opuszczając Germyna w połowie „gestu-rozstania”, pozostawił go roztrzęsionego, z rozdziawionymi ustami i wytrzeszczem oczu, jakby i ten również stracił wszelką ogładę.

I to wszystko w dniu Odtwarzania Słońca!

Co to wszystko może znaczyć, zastanawiał się Germyn zmartwiony i zaniepokojony?

Czy Boyne nie był na progu...

Czy Boyne może być tuż przed...

Germyn odrzucił tę myśl. Zachowanie się Boyne'a mogła wyjaśnić tylko jedna rzecz. Ale pomyśleć tak o innym Obywatelu było dla Obywatela nieobyczajnym.

Wszystko jedno, ośmielił się pomyśleć Germyn, wszystko jedno, to wydaje się niemal tak, jakby Obywatel Boyne był tuż przed... no cóż – tuż przed dostaniem amoku.

*

W owsianej budce Glenn Tropile uderzył w kontuar. Opieszały sprzedawca owsianki przyniósł mu w końcu nakazaną obyczajem miskę z solą i dzbanek chudego mleka. Tropile wziął papierowy zwitek z solą z wierzchu ułożonego w misce schludnego stosiku. Spojrzał na sprzedawcę. Jego palce zawahały się. Po czym szybko opróżnił zwitek do owsianki i zalał dozwoloną ilością mleka.

Jadł szybko i efektywnie, obserwując ulicę na zewnątrz.

Łazili jak zwykle, szwendali się tu i tam – a może dzisiaj bardziej niż zwykle, bo mieli nadzieję, że to dzisiaj słońce ponownie rozkwitnie płomieniem.

O łażących, szwendających się ludziach Tropile zawsze myślał: oni. Gdzieś, niewątpliwie, istnieli dla niego również my, niemniej, jak dotychczas, Tropile ich nie znalazł, nawet w więzach małżeńskiego kontraktu.

Nie spieszył się. W wieku czternastu lat z niechęcią uświadomił sobie pewną prawdę o sobie – zrozumiał, że nie lubi przegrywać i że w każdej sprawie musi mieć jakąś przewagę, inaczej nieznośne swędzenie w mózgu przyprawiało go o dyskomfort. W sumie pojawił się przerażający strach, stopniowo przeradzający się w świadomość, że jedyne my, które właściwie mogłoby go obejmować, to to, do którego nie było zbyt mądrze się przyłączać.

Uświadomił sobie, że jest w istocie Wilkiem.

Przez kilka lat Tropile walczył z tym, gdyż słowo Wilk było wyrazem obscenicznym. Dzieci z którymi się bawił były surowo karane za wymawianie tego słowa. I chyba tylko za to.

Dla Obywatela nieobyczajnym było mieć przewagę kosztem kogoś innego. A dla Wilków nie.

Dla Obywatela obyczajnym było akceptować swój stan posiadania, nie dążyć do zwiększenia tego stanu, szukać zadowolenia w rzeczach małych, dopasowywać się do tego, co stanowiło jego życie, przy minimalnym wysiłku i zamieszaniu.

Wilcy byli inni. Wilcy nigdy nie Medytowali, Wilcy nigdy nie oddawali się Aprecjacji, Wilcy nigdy nie byli wniebobrani. Tego najwyższego spełnienia, dostępnego jedynie tym, którym się udało osiągnąć perfekcję w Medytacji, tym którzy poddali świat i ciało, opuszczając jedno i drugie, nigdy nie osiągnął żaden Wilk.

W tej sytuacji Glenn Tropile bardzo starał robić wszystkie te rzeczy, których Wilcy robić nie mogli.

Prawie mu się udało. Jego specjalność, Kontemplacja Wody, była bardzo obiecująca. Zdołał wykonać wiele częściowo udanych Medytacji o Zespoleniu.

Niemniej wciąż był Wilkiem, gdyż stale czuł tę palącą, swędzącą potrzebę triumfu i utrzymywania przewagi. Z tego powodu zdobycie jakichś przyjaciół wśród Obywateli było prawie niemożliwe. Z czasem przestał nawet próbować.

Do Wheeling Tropile przybył prawie rok temu jako jeden z pierwszych wówczas osiedleńców. Niemniej wciąż nie było Obywatela, który był gotów wymienić z nim „gest-rozpoznania”.

Znał tutaj prawie wszystkich. Znał imiona i imiona żon. Wiedział, z którego stanu na północy przybyli, gdy powiększyło się zlodowacenie wskutek przygasania słońca. Niemal wiedział, z dokładnością do jednej czwartej grama, ile cukru, soli i kawy każdy z nich sobie zachomikował – dla swoich gości, oczywiście, nie dla siebie. Dobrze wychowani Obywatele dbali wyłącznie o przyjemności innych.

Wszystko to wiedział, bo ta wiedza dawała mu przewagę. Natomiast żadnej przewagi nie dawał mu fakt, że znają go inni.

Kilku go znało – choćby ten bankier, Germyn. Tropile odwiedził go kilka miesięcy temu w sprawie przyszłej pożyczki. Spotkanie było niepewne i nerwowe. Dla Tropile'a pomysł był jasny i prosty – zorganizowanie wyprawy do znajdującej się w pobliżu dobrze w swoim czasie prosperującej kopalni, znalezienie tam węgla, dostarczenie go do Wheeling i ogrzewanie domów. A przecież dla Germyna okazało się to bluźniercze. Tropile uważał teraz, że miał szczęście, gdyż jedynie mu odmówiono, zamiast okrzyknąć Wilkiem.

Sprzedawca owsianki nerwowo oglądał swój schludny stos papierowych zwitków z solą.

Tropile starał się nie widzieć jego spojrzeń. Nie zwracał uwagi na oferujące mu szansę krzywe uśmieszki samo-potępienia posyłane przez sprzedawcę w jego kierunku. Wystarczająco dobrze wiedział, co trapi tamtego. Niech się martwi. Tropile miał zwyczaj brać sobie dodatkowe zwitki soli. Były teraz w jego kieszeni i niech tam pozostaną. A tamten niech się zastanawia, dlaczego ma braki.

Tropile wylizał łyżkę i wyszedł na ulicę. Ubrany w parkę podwójnej grubości, poczuł satysfakcję, stwierdzając, że wiatr jest bardzo zimny.

Dziwne, pomyślał Tropile, gdy minął go idący samotnie Obywatel. Szedł szybko, a na twarzy widać było wyraz wytężonej desperacji, co wydało się jeszcze dziwniejsze. Dziwne na tyle, że aż warte przyjrzenia się, gdyż ten rodzaj pośpiechu, ten rodzaj wyobcowania, z czymś się Tropile'owi kojarzył. Nie było to w żadnym razie coś normalnego dla łagodnej owcy z ich klasy, chyba że w jednym szczególnym przypadku.

Glenn Tropile przeszedł na drugą stronę ulicy i poszedł za wyobcowanym Obywatelem. Znał go, tamten nazywał się Boyne. Przy budce piekarza mężczyzna natknął się na Obywatela Germyna. Tropile stanął w pobliżu, skąd mając dobry widok, obserwował i słuchał.

Boyne był na progu załamania nerwowego. To, co Tropile usłyszał i zobaczył, potwierdziło jego diagnozę. Czekało ich pewne szczególne wydarzenie – Obywatel Boyne zaraz dostanie amoku.

Tropile spojrzał z rozbawieniem i pogardą na mężczyznę. Amok! Łagodną owcę można doprowadzić za daleko. Oznaki były oczywiste, Tropile widywał już Obywateli w amoku.

Było prawie pewne, że dla Glenna Tropile oznacza to przewagę. Jeśli się szukało, przewagę można było mieć niemal we wszystkim.

Tropile przyglądał się i czekał. Miejsce wybrał sobie starannie, tak że mógł zobaczyć Obywatela Boyne wewnątrz budki piekarza, jak paskudnie marnując, ciacha swoje ćwierć kilo chleba z Porannego Bochenka

Czekał aż Boyne wybuchnie...

I Boyne wybuchnął.

Rozległ się wrzask – głośny i przeszywający.

— Amok, amok! — krzyczał przeraźliwie Obywatel Germyn.

Wściekłe wycie Boyna pozbawione było słów. W słabym świetle błysnął nóż piekarza, gdy Boyne wziął nim zamach. Obywatele natychmiast rozbiegli się we wszystkich kierunkach – wszyscy oprócz jednego.

Ten jeden został pod nożem – swoim własnym nożem, jako że przypadkiem był to sam piekarz. A Boyne ciachał i ciachał. Potem wybiegł, rycząc – szeroki nóż świszczał mu nad głową. Łagodni Obywatele uciekali przed nim w panice. A on z wyciem atakował i atakował ich wycofujące się sylwetki. Amok.

To był ten jedyny przypadek, kiedy zapominali o miłosierdziu – jeden z dwóch, poprawił się Tropile, idąc spacerowym krokiem w kierunku budki piekarza. Zmarszczył czoło, gdyż ten drugi przypadek, gdy zapominali o miłosierdziu, był tym, który dotyczył szczególnie jego.

Obserwował, jak Boyne, kompletnie oszalały, teraz już daleko na ulicy, zapędza grupę Obywateli za róg. Westchnął i wszedł do budki piekarza, chcąc sprawdzić, czy nie uda się z tego uzyskać coś dla siebie.

Boyne wyładuje się – przypływ wściekłości opuści go tak szybko, jak się pojawił; znów będzie owcą i inne owce zbliżą się i pochwycą go. Tak to się działo, gdy Obywatel dostawał amoku. Miara presji wywieranej na Obywatela była taka, że w każdej chwili mógł pojawić się jeden gram presji za dużo i mógł się on załamać. Tutaj w Wheeling, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zdarzyło się to dwa razy. Glenn Tropile widział już takie przypadki w Pittsburghu, w Altoonie i w Bronxville.

Istnieje pewien limit presji, którą można wytrzymać.

Tropile wszedł do stoiska i bez emocji przyjrzał się zaszlachtowanemu piekarzowi. Ciało było krwawą masą, ale Tropile widywał już trupy.

Rozejrzał się, kalkulując. Na początek schylił się i podniósł ćwierć kilo chleba upuszczone przez Boyne'a, otrzepał z kurzu i wsunął do kieszeni. Żywność zawsze się przydawała. Gdyby wystarczało żywności, Boyne być może nie dostałby amoku.

Czyżby po prostu załamywali się z głodu? A może z powodu tej rzeczy na Mount Evereście, lewitujących „ok”, pożądanej i straszliwej perspektywy Wniebowzięcia, a może jedynie z powodu napięcia wynikającego z podporządkowywania się drobiazgowo zaprojektowanemu życiu?

Czy to ma jednak znaczenie? Oni się załamywali i dostawali amoku, a Tropile nie, i tylko to się liczyło.

Przechylił się nad kontuarem, sięgnął po to, co zostało z Porannego Bochenka...

...i ujrzał wpatrzone w siebie przerażone oczy Obywatelki Germyn.

— Wilk! — wrzasnęła. — Obywatele, pomocy! Wilk!

Tropile zawahał się. Nigdy nie widział przeklętej kobiety, która tam była i podnosiła się zza kontuaru, by mu przeszkodzić.

— Obywatelko, proszę... — powiedział ostro, ale to był błąd. Dowody były przeciwko niemu, a jej krzyk miał ściągnąć innych.

— Wilk! Wilk! — krzyczała.

Tropile spanikował. Szarpnął się, by ją uciszyć, ale to również był błąd. Odwrócił się. A ona krzyczała i krzyczała. Jacyś ludzie ją usłyszeli. Tropile rzucił się na ulicę, lecz oni wyskakiwali już ze wszystkich drzwi, wyłazili z każdej szczurzej dziury, w której się schowali w ucieczce przed Boynem.

— Proszę — krzyknął, łkając. — Czekajcie!

Ale oni nie czekali. Słyszeli krzyk kobiety i być może niektórzy z nich widzieli go z chlebem. Byli wokół niego – nie, wszyscy byli nad nim; trzymali go, rozdzierali jego miękkie, ciepłe futro.

Wywrócili mu kieszenie. Skradzione zwitki z solą wysypały się oskarżycielsko. Szperali mu w rękawach, rozpruwając nawet mocne, nieosłabione szwy. Schwytano go bezbłędnie.

— Wilk! — krzyczeli. — Wilk!

Zagłuszyli odległy hałas z miejsca, gdzie kwartał czy dwa dalej, Boyne został w końcu rzucony na ziemię. Zagłuszyli wszystko.

To był ten drugi przypadek, kiedy oni zapominali o miłosierdziu: kiedy złapali Syna Wilka.


Ten dokument jest dostępny na licencji Creative Commons: Attribution-NonCommercial-ShareAlike 3.0 Generic (CC BY-NC-SA 3.0). Może być kopiowany i rozpowszechniany na tej samej licencji z ograniczeniem: nie można tego robić w celach komercyjnych.

These document is available under a Creative Commons License. Basically, you can download, copy, and distribute, but not for commercial purposes.

Creative Commons License
Download:Zobacz też:



Webmaster: Irdyb (2011)