home

„Książka nie jest towarem!”

Z czego jednak mają żyć autorzy?

Świat musi znaleźć alternatywny sposób wynagradzania twórców.

VII

Droga na Mount Everest, jak się Tropile niemile przekonał, wiodła przez pracę w miejscowym przedszkolu. Nie tego oczekiwał, ale miało to tę zaletę, że gdy jego wychowankowie się uczyli, on uczył się razem z nimi.

Wyprzedzając trzylatki o krok, odkrył, że Wilcy, pomijając fakt bycia dla Owiec drapieżnikami, współistnieli z nimi na płaszczyźnie daleko bardziej skomplikowanej ekologicznej zależności. Wilcy byli wszędzie, w całej Owczarni; byli drożdżami społecznego ciasta.

Elementarz określał to w barbarzyńsko prostych słowach: „Synowie Wilka są dobrzy w liczbach i pieniądzach. Wy i wasi koledzy gracie na pieniądze prawie tak wcześnie, jak zaczynacie mówić i gdy tylko zechcecie, możecie myśleć w kategoriach procentów i złożonych zysków. Większość ludzi tego nie potrafi.”

To prawda, pomyślał Tropile, czytając głośno dla szkrabów. Tak właśnie było z nim.

— Owce boją się Synów Wilka. Ci z nas, którzy żyją między nimi są w ciągłym niebezpieczeństwie wykrycia i śmierci – chociaż zwykle Wilk potrafi zadbać o siebie w obliczu dowolnej liczby Owiec. — To też prawda. — Zadanie życia wśród Owiec jest najbardziej niebezpiecznym, jakie Wilk może dostać. Niemniej jest ważne. Bez nas by umarli – z powodu stagnacji, zepsucia, a w końcu z głodu.

Nie ma co tego powtarzać. Owce nie mogą naprawiać własnych ogrodzeń.

Była to przerażająca prawda, a dzieci były przerażająco – zdusił w sobie to określenie, ale i tak sformułowało się w myślach – rywalizujące. Słowne tabu zanikały, jak stwierdził, gdy już przełamał w sobie bariery behawioralne.

W jakiś sposób było to jednak stresujące. W tym samym wieku, w którym Obywatele uczyli się swojego Kodeksu Malucha, te dzieci uczyły się walczyć. Nieustanne spory o to, kto będzie Wielkim Billem Zeckendorfem podczas zabawy w dziwną grę nazywaną „Zeckendorf i Hilton”, kończyły się często krwawiącymi nosami.

I nikt – zupełnie nikt – nie Medytował o Zespoleniu.

Tropile też został ostrzeżony, żeby tego nie robić.

— Nie rozumiemy tego — powiedział poważnie Haendl — a tego, czego nie rozumiemy, nie lubimy. Jesteśmy podejrzliwymi stworzeniami, Tropile. Gdy dzieci są starsze, pozwalamy im na wystarczająco rzetelną próbę, żeby poczuły smak... a w każdym razie, żeby im się tak wydawało. Jeśli będą musiały się zachowywać jak Obywatele, będzie im to potrzebne. Ale na więcej nie pozwalamy.

— Nie pozwalacie? — Zabrzmiało to jakoś zgrzytliwie; jego gruczoły nadnercza zaczęły pulsować.

— Nie pozwalamy! Mamy pewne podejrzenia i wiemy na pewno, że podczas medytacji ludziom się zdarza znikać. Nie chcemy znikać. Nie sądzimy, aby zniknięcie było czymś dobrym. Nie medytuj, Tropile. Słyszysz?

Ale później Tropile poczuł, że ma zastrzeżenia. Wybrał sobie czas, kiedy Haendl miał wolne – o ile ten człowiek miewał kiedykolwiek wolne. Cała dorosła część kolonii udała się w miejsce nazywane terenami defiladowymi – dawniej, jak powiedział Haendl, było to boisko piłki nożnej. Regularnie dwa razy w tygodniu odbywały się tam ćwiczenia z musztry, które były częścią ceny, jakie każdy płacił za życie wśród wolnych, postępowych Wilków zamiast wśród tępych i gamoniowatych Owiec.

Tropile był mocno zadyszany, niemniej rzucił się na ziemię obok Haendla i nabrał tchu.

— Haendl — powiedział — co do medytacji...

— Tak?

— No wiesz, może wy tego w rzeczywistości nie chwytacie... — urwał szukając słów. Wiedział, co chce powiedzieć, bo coś, co odczuwamy tak wspaniale, jak Zespolenie, nie może być przecież złe. I w końcu Wniebobranie nie zdarza się przecież tak często, żeby je brać pod uwagę? Nie był jednak pewien, czy zdoła w ten sposób dotrzeć do Haendla. — Gdy pomyślnie medytujesz — spróbował — jednoczysz się z Wszechświatem. Wiesz, co mam na myśli? Nie ma drugiego takiego uczucia. Nieopisywalny spokój, piękno, harmonia i ukojenie.

— Najtańszy narkotyk na świecie — parsknął Haendl.

— Och, zaraz... naprawdę...

— Najtańsza religia na świecie. Gołych kundli nie stać na pozłacanych bożków, więc wielbią własne pępki. I to wszystko. Nie stać ich na alkohol; nie stać ich nawet na wysiłek fizyczny, żeby głęboko oddychać i uzyskać efekt hiperwentylacji, podobny do upicia się. Cóż im więc pozostaje? Autohipnoza. I nic więcej. Tylko to mogą zrobić, więc się tego uczą, uważają, że jest przyjemne i dobre. No i wszyscy są załatwieni.

Tropile westchnął. Ten człowiek był taki uparty! Nagle przyszła mu do głowy myśl. Uniósł się na łokciu.

— Ale chyba o czymś zapominasz? Co w takim razie z Wniebobraniem?

— Tego właśnie nie rozumiemy — Haendl popatrzył na niego groźnie.

— Ale autohipnoza z pewnością nie zalicza się...

— Pewnie, że się nie zalicza! — Haendl zrobił dziką minę. — Jasne. Nie rozumiemy tego i tego się boimy. Bądź tak uprzejmy i nie mów mi, że Wniebobranie to jest najwyższy akt Odrzucenia, Totalna Odmowa Dwoistości, Współbrzmienie z Brahmą czy inny szajs tego rodzaju. Nie wiesz, co to jest i my też nie wiemy. — Zaczął się podnosić. — Wszystko, co wiemy, to to, że ludzie znikają. A my nie chcemy brać w tym udziału, więc nie medytujemy. Nikt z nas, włącznie z tobą!

*

Ta musztra na rozkaz, to była głupota. Czy da się pokonać niedosięgalną Piramidę manewrem oskrzydlającym?

Nie było to jednak tak całkowicie głupie. Musztra na rozkaz i dieta 2500 kilokalorii dziennie spowodowała, że ciało Tropile'a nabrało muskulatury, w jego organizmie zaczął się odkładać tłuszcz, a w umyśle coś innego. Stracił swoją zachłanność i energię – to co różni Wilka od Owcy.

Niemniej otrzymał coś w zamian. Szczęście? No cóż, jeśli „szczęściem” jest poczucie celu i nadzieja, że cel może być osiągnięty, to było to szczęście, uczucie nigdy wcześniej nie zaistniałe w jego życiu. Zawsze odczuwał jedynie hormonalny przymus zdobycia przewagi, który teraz zniknął, albo prawie zniknął, gdyż w tym społeczeństwie, było to dozwolone.

Terkocząc swoim traktorem podczas podorywek na rozmarzających polach Jersey, Glenn Tropile podśpiewywał sobie. Wciąż dręczyły go lekkie wątpliwości. Piechota przeciw Piramidom?

Zdecydowanie zatrzymał traktor, przełączył diesla na luz i wysiadł. Było gorąco – sam środek lata według pięcioletniego kalendarza narzuconego przez Piramidy. Powinien odpocząć i chyba coś zjeść.

Zwyczajem farmerów usiadł w cieniu drzewa i rozpakował kanapki. Był jedynie milę z hakiem od Princeton, ale równie dobrze mógł być w Otchłani, w pobliżu nie było widać żywej duszy oprócz niego. Północne Owce nie zbliżały się do Princeton – tak to się „działo” – nie przypadkiem.

Kątem oka wychwycił jakiś ruch, ale gdy wstał, żeby lepiej widzieć las po drugiej stronie pola, niczego nie zobaczył. Wilk? Prawdziwy wilk? Mógłby być na przykład niedźwiedź – były pogłoski o wilkach i niedźwiedziach w okolicy Princeton; a chociaż wiedział, że większość tych plotek jest intensywnie rozpowszechniana przez ludzi takich, jak Haendl, wiedział też, że niektóre z nich są prawdziwe.

Jak już wstał, to zgarnął trochę zeszłorocznej słomy z  wyrośniętej na wysokość chłopa trawy, nazbierał chrustu pod drzewami, rozpalił niewielkie ognisko i wstawił wodę na kawę. Potem usiadł i jedząc kanapki, zastanawiał się.

Może to, że z przedszkola przeniesiono go na pole, to awans. A może nie. Haendl obiecał mu miejsce w ekspedycji, która być może odkryje coś nowego, ważnego i przydatnego o Piramidach. To jest wciąż aktualne, gdyż ekspedycja była daleka od gotowości do wyruszenia.

W zamyśleniu żuł swoje kanapki. No dobra, ale dlaczego ekspedycja wciąż była daleka od gotowości? Dotarcie tam w najcieplejszej porze było absolutnie najważniejsze – inaczej Mount Everest nie nadawał się do wspinaczki. Dowiodły tego całe pokolenia alpinistów. A ta najcieplejsza pora szybko mijała.

I czemu Haendl, wraz z całą kolonią Wilków, tak nalegali na budowę czołgów, zbroili się w karabiny, organizowali w kompanie i drużyny? Jeśli bomba wodorowa nie uszkodziła Piramidy, to co mogła jej uczynić lżejsza broń?

Tropile nerwowo podrzucił do ognia garść patyków, wpatrując się w zamyśleniu w menażkę z wodą. Ogień jest wystarczający, stwierdził mimowolnie. Woda zaczynała wrzeć.

*

Piramida na drugim krańcu świata, w Himalajach, poczuła, usłyszała czy zwęszyła... różnicę.

Możliwe, że impulsy UKF bez końca nadające „bip, bip, bip” zmieniły się teraz w „bip, pip, bip”. Możliwe, że elektromagnetyczny „smak” podczerwieni zalatywał teraz nadfioletem. Jakikolwiek był to sygnał, Piramida rozpoznała go.

W hodowli, której doglądała, jakaś część dojrzała do zbioru.

Dojrzewający pąk jakoś się oczywiście nazywał, co dla Piramidy nie miało znaczenia. Człowiek nazywający się Glenn Tropile również nie wiedział, że dojrzał. Teraz obchodziło go jedynie to, że po raz pierwszy od prawie roku udało mu się uchwycić wszystkie etapy z dziewięciu teoretycznych etapów dochodzenia-wody-do-wrzenia w ich najczystszej formie.

To było jak... jak... no dobrze, to było coś, czego nikt oprócz Kontemplatora Wody nie mógł zrozumieć. Obserwował. Doceniał. Ogarniał i przyswajał miriady subtelnych doskonałości czasu, zmian przezroczystości, dźwięków, rozkładu punktów wrzenia, najsłabszy z najsłabszych zapach pary.

Na koniec, Glenn Tropile rozluźnił swoje kończyny i pozwolił brodzie oprzeć się swobodnie na kości mostka.

To jest – pomyślał ze spokojną, krystaliczną jasnością – rzadka i idealna okazja do medytacji. Pomyślał o Zespoleniu. (Nad jego głową, w rzadkim, nieruchomym powietrzu, pojawiło się szkliste załamanie światła.) W wytartym palimpseście, jakim stał się umysł Glenna Tropile nie było nawet śladu myśli o „okach”. Nie było myśli o Piramidach ani Wilkach. Zaorane pole obok nie istniało. Nawet woda, odparowywana z wesołym bulgotaniem, zniknęła z jego percepcji.

Zaczął medytować.

Czas mijał... albo się zatrzymał – dla Tropile'a. Nie było w tym różnicy. Czasu nie było. Znalazł się niemal na krawędzi Zrozumienia.

Coś brzęknęło. Natrętny giez? Być może. Albo skurcz mięśnia. Tropile częściowo odzyskał poczucie rzeczywistości. Nieomal spojrzał do góry. Nieomal zobaczył „oko”...

To wszystko nie miało znaczenia. To, co miało znaczenie, tylko to z całego świata, znajdowało się w jego umyśle, a on był gotowy i wiedział, jak to znaleźć.

Jeszcze raz! Spróbuj mocniej!

Pozwolił, by oczyszczające umysł pytanie bez odpowiedzi wsączyło się do jego umysłu: „Jeśli dźwięk dwóch rąk jest klaśnięciem, to czym jest dźwięk jednej ręki?”

Łagodnie musnął pytanie, symbol nieprzydatności umysłu, a przez to bramę do medytacji. Pojawiło się rozkoszne uczucie ogarniającej go nieświadomości siebie.

Był Glennem Tropile. Był też czymś więcej. Był wrzącą wodą... Wrząca woda była nim. Był łagodnym ciepłem ognia, który był... tak, był samym sklepieniem nieba. Tak jak każda rzecz będąca każdą inną rzeczą, woda była ogniem, a ogień powietrzem. Tropile był pierwszym pęcherzykiem wrzenia, a cała objętość Dobrze-ugotowanej Wody była nim, była... więcej niż nim... była...

Pytanie, na które nie ma odpowiedzi, stawało się dla niego coraz jaśniejsze i prostsze. A wtedy wszystko stało się na raz – wcale nie nagle, bo czas nie istniał – po prostu było.

Odpowiedź należała do niego, była nim. Sklepienie niebios było odpowiedzią, a odpowiedź należała do nieba... do ciepła, do wszystkich ciepeł, jakie były, do wszystkich wód i... i odpowiedź była... była...

Tropile zniknął. Łagodne klaśnięcie, które temu towarzyszyło, spowodowało taniec płomieni i rozwianie unoszącej się pary. Potem ogień się uspokoił i znów zaczęła unosić się para. A Tropile'a nie było.


Ten dokument jest dostępny na licencji Creative Commons: Attribution-NonCommercial-ShareAlike 3.0 Generic (CC BY-NC-SA 3.0). Może być kopiowany i rozpowszechniany na tej samej licencji z ograniczeniem: nie można tego robić w celach komercyjnych.

These document is available under a Creative Commons License. Basically, you can download, copy, and distribute, but not for commercial purposes.

Creative Commons License
Download:Zobacz też:



Webmaster: Irdyb (2011)