home

„Książka nie jest towarem!”

Z czego jednak mają żyć autorzy?

Świat musi znaleźć alternatywny sposób wynagradzania twórców.

XV

Tropile wynurzył się z totalnej ciemności na światło dzienne i ból.

Bolało. Rodził się na nowo – wracał do życia – miał wszelkie bóle porodowe, tyle że dosięgły tym razem jego, stworzenie rodzące się. W skroniach łupało go straszliwie, a ból był jak żaden inny dotychczas przez niego odczuwany. Jęknął chrapliwie.

Ktoś niewyraźny poruszył się przed jego zamkniętymi oczami. Poczuł jakieś ukłucie u podstawy mózgu. Zamrowiło go, ogrzało czaszkę, sprowadzając ulgę i oszołomienie. Ból powoli zanikał.

Otworzył oczy.

Pochylało się nad nim czterech zamaskowanych oprawców. Spojrzał na nich, nie rozumiejąc. Ich oczy nie były oczami oprawców. W jednej chwili maski zniknęły – maski chirurgiczne – a twarze pod nimi były twarzami ludzi.

Chirurdzy i pielęgniarki.

— Gdzie ja jestem? — zapytał bełkotliwie, mrugając oczami. A potem sobie przypomniał.

Był z powrotem na Ziemi i był jedynie człowiekiem.

Ktoś wszedł z hałasem do pomieszczenia. Nie patrząc, Tropile już wiedział, że to Haendl.

— Pobiliśmy ich, Tropile! — krzyknął Haendl. — Nie, wróć! Ty ich pobiłeś. Zniszczyliśmy wszystkie Piramidy, wszystkie jakie były. Ładnie się paliły na słońcu, co? Piękna robota, Tropile. Piękna! W pełni zasługujesz na miano Wilka!

Lekarze zmieszali się zakłopotani. Wszystko się oczywiście zmieniło i nic więcej zrobić nie mogą, pomyślał Tropile.

Z niepokojem dotknął skroni i natrafił palcami na bandaże opatrunkowe. To była prawda: został odłączony od obwodu. Zasięg jego świadomości ograniczał się do czaszki. Nie posiadał już możliwości nieograniczonego widzenia i pojmowania, jakie miał, gdy był częścią „płatka śniegu” w płynie odżywczym.

— Niedobrze — szepnął utraciwszy nadzieję.

— Co? — Haendl zmarszczył brwi. Pielęgniarka zbliżyła się i szepnęła coś do niego, a on pokiwał głową. — Rozumiem. Wciąż jesteś jeszcze oszołomiony, co? W porządku, to zrozumiałe. Mówili mi, że odłączenie cię od tego świństwa, które Piramidy zainstalowały ci w głowie, to był dość skomplikowany kawałek chirurgii.

— Aha — powiedział Tropile i zamknął oczy i uszy, mimo że Haendl wciąż coś mówił. Leżał chwilę, po czym uniósł się i opuścił nogi ze stołu chirurgicznego. Był nagi. Kiedyś wprawiłoby go to w straszne zakłopotanie, ale teraz wydawało się nie mieć znaczenia. — Możesz mi znaleźć jakieś ubranie? — poprosił Haendla. — Wróciłem i mogę się już zacząć do tego przyzwyczajać.

*

Okazało się, że Glenn Tropile jest powracającym bohaterem, wzbudzającym, gdziekolwiek się nie pojawi, jakiś rodzaj osobliwego podziwu. To nie było dokładnie to, stwierdził po głębszej analizie, czego by mógł oczekiwać. Na przykład, mężczyzna, który by wyszedł i zabił smoka w dawnych czasach, był przyjmowany z ogromną wdzięcznością i radością, i jeśli była tam gdzieś córka księcia, dostawał ją za żonę. Było to w końcu całkiem w porządku. A Tropile zabił wroga potężniejszego niż jakakolwiek ilość smoków.

Tymczasem on sprawdził uznanie, jakim darzyli go inni i nie znalazł w tym wdzięczności. To było dziwne.

Najbardziej przypomina to uznanie, pomyślał, jakim mógłby być obdarzony aktualny mistrz baseballu... w kraju, gdzie grą narodową jest krykiet. Wszyscy się zgadzali, że zrobił coś, co było zdumiewającym wyczynem, ale nikt o to wydawał się nie dbać. W rzeczywistości, w spotykającym go uznaniu było zawarte jakieś oskarżenie.

Przede wszystkim, niemal dziewięćdziesiąt tysięcy niegdysiejszych Komponentów zostało przywróconych do normalnego życia, ale rodziny większości z nich umarły już dawno, a każdy z nich to niechybne obciążenie ograniczonych zasobów planety. I co Glenn Tropile ma zamiar zrobić w tej sprawie?

Do tego stare rozróżnienie między Obywatelami i Wilkami nie miało już dłużej sensu, jako że wielu Komponentów-Obywateli walczyło ramię w ramię z Komponentami-Synami Wilka. Ale czy Glenn Tropile nie sądzi, że poszedł z tym wszystkim za daleko?

A poza tym – to sprawa, oczywiście, odległa, ale niemniej co takiego zrobi Glenn Tropile w celu dostarczenia Ziemi nowego słońca, gdy to stare się zużyje, a nie będzie Piramid, żeby rozpalić ogień?

Glenn szukał więc ucieczki u kogoś, kto go zrozumie. To, jak sobie z zadowoleniem uświadomił, było łatwe. Kilka osób poznał bardzo dobrze. Samotność, ta dokuczliwa samotność jego młodych lat, została całkowicie za nim, definitywnie.

Mógł, na przykład, zwrócić się do Haendla, który wszystko by bardzo dobrze zrozumiał.

— W tym jest, jak przypuszczam, lekki zawód — powiedział Haendl. — No cóż, do diabła, takie jest życie. — Roześmiał się ponuro. — Teraz, gdy pozbyliśmy się Piramid, jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia. Człowieku, możemy teraz odetchnąć! Możemy coś planować! Ta planeta już od wielu lat telepie się po swoim głupim, wyboistym, bagnistym szlaku. Czas, żeby się tym zająć. I tym się zajmiemy, obiecuję ci. Wiesz co, Tropile — zachichotał — żałuję tylko jednej rzeczy.

— Czego? — zaciekawił się Tropile.

— Tego całego uzbrojenia, poza zasięgiem! Och, o nic cię nie oskarżam. Ale widzisz, ile problemów będzie teraz, żeby się znów wyposażyć. I nie możemy zrobić zbyt wiele dla zaprowadzenia porządku w tym starym steranym świecie, dopóki znów nie zaopatrzymy się w karabiny.

Tropile pożegnał go znacznie wcześniej, niż miał zamiar.

*

A co na to Obywatel Germyn? W gruncie rzeczy, facet walczył dzielnie. Tropile poszedł go poszukać i przynajmniej przez chwilę wszystko było dobrze.

— Dużo się zastanawiałem — powiedział Germyn. — Cieszę się, że tu jesteś. — Posłał żonę po przekąski. Ta wniosła je uroczyście, odczekała dokładnie minutę i wyszła.

— Zaczynam sobie uświadamiać, co przydarzyło się ludzkiej rasie — wybuchł Tropile natychmiast, jak tylko wyszła. — Nie myślę tu o tym, że pozbyliśmy się Piramid i tak dalej. Nie! Mam na myśli to, co wydarzyło się setki lat temu, gdy Piramidy przybyły i co się stało potem. Słyszałeś, Germyn, kiedy o Indianach?

Germyn marszczył czoło przez chwilę, po czym wzruszył ramionami.

— Byli kiedyś tacy — powiedział Tropile. — Och, to było setki lat temu. Mieli inny kolor i nie byli za bardzo cywilizowani, choć oczywiście, nikt wtedy nie był. Tyle że ci Indianie byli nomadami, pasterzami, myśliwymi... coś koło tego. A biali ludzie przybyli tu z Europy i chcieli zająć kraj dla siebie. No i zajęli. I wiesz co? Nie sądzę, żeby Indianie kiedykolwiek się zorientowali, co ich wykończyło.

Indianie nie wiedzieli nic o nadawaniu ziemi, o zajmowaniu terytoriów dla korony czy o misji kościoła, ani też o powiększaniu się populacji. U nich niczego takiego nie było. To prawda, że uczyli się szybko, w krótkim czasie... przynajmniej takich rzeczy jak karabiny, konie i woda ognista. Wcześniej tego nie mieli, ale widzieli w tym jakąś przydatność. Rozumiesz? Naprawdę nie sądzę, żeby Indianie kiedykolwiek dokładnie zrozumieli, o co chodzi Europejczykom, zanim nie stało się za późno, by miało to jakieś znaczenie.

Tak samo było z nami i Piramidami, tyle że gorzej. Czego one chciały, do diabła? To znaczy, tak, wiemy, co robiły z Wniebowziętymi ludźmi. Ale jakie miały cele? Co sobie myślały? Czy w ogóle myślały? Wiesz, przyszła mi do głowy taka zwariowana myśl – a może nie zwariowana, może to prawda. W każdym razie, zastanawiałem się. Możemy przypuścić nawet, że Piramidy nie były Piramidami? Nigdy z żadną nie rozmawialiśmy. Nigdy nie robiliśmy im testów Rorschacha, nie badaliśmy odruchów kolanowych. Wykończyliśmy je, ale nic o nich nie wiemy. Nie wiemy nawet, czy były tymi, którzy zaczęli tę całą przeklętą sprawę, czy może same były tylko czymś w rodzaju nadrzędnych komponentów. Nie sądzisz?

A tymczasem mamy ludzką rasę w obliczu czegoś, czego nie tylko że nie rozumie, tak jak Indianie nie rozumieli białych, ale nie może nawet rozpocząć jakichkolwiek spekulacji. Wiesz co, Indianie mieli przynajmniej jakieś drobne wskazówki – mam na myśli to, że widzieli żeglarzy z wielkich białych diabelskich statków dobierających się do indiańskich kobiet i tym podobne, więc zaczęło do nich docierać, że mają ze sobą coś wspólnego. My nic takiego nie mieliśmy.

Co więc zrobiliśmy? No cóż, to samo, co Indianie z rezerwatów. Zwróciliśmy się do wewnątrz. Nachlaliśmy się wody ognistej – Medytacji – i zamknęliśmy nasze umysły przed możliwością ponownej ekspansji. I tak trwaliśmy, związani własnymi więzami. Większość rasy – Obywatele – porzuciła wszelkie działania, gdyż zostało to udowodnione jako bezcelowe. Niewielka grupa – Wilcy – buntowała się przeciw temu, gdyż było to nie tylko bezcelowe, ale rozmyślnie bezcelowe. Niemniej wszyscy ci ludzie są tacy sami. Ty to już zrozumiałeś, co? I...

Tropile urwał, orientując się nagle, że Obywatel Germyn spogląda z chłodną niechęcią.

— O co chodzi? — zapytał szorstko.

Obywatel Germyn obdarzył go lekkim „dwuznacznym-uśmiechem”.

— Wiem, że uważałeś się za Wilka — powiedział — ale, jak już ci mówiłem, dużo się zastanawiałem. Naprawdę, Obywatelu, czynisz sobie krzywdę, wierząc w to, że rzeczywiście uważałeś się za Wilka. To jasne, że nim nie byłeś; pozostali z nas mogli być ogłupieni, ale z pewnością nie mogłeś ogłupić samego siebie.

Teraz powiem ci, co powinieneś zrobić. Gdy zorientowałem się, że idziesz do mnie, poprosiłem kilku raczej dobrze znanych Obywateli, żeby przyszli do mnie później dzisiejszego wieczoru. To żaden kłopot. Chcę jedynie, żebyś porozmawiał z nimi i wyprostował sprawy, tak żeby to okropne oszczerstwo nie było już nigdy wysuwane przeciwko tobie. Czasy się zmieniają i może jest rozsądne, żeby zmienić pewne poglądy, ale ty z pewnością nie chcesz...

Z Obywatelem Germynem Tropile również pożegnał się szybciej niż miał zamiar.

*

Pozostała mu Alia Narova, ale, co wydawało się dziwne, nie mógł jej nigdzie znaleźć.

Natychmiast zrozumiał, że to z nią przede wszystkim powinien porozmawiać. Pamiętał dzielone z nią piękno wędrówek w odmętach neuronowych szlaków Piramid, powiązany ze sobą, nierozdzielny przepływ myśli i najskrytszych uczuć obojga.

Nie mogła być daleko, pomyślał w oszołomieniu, przeklinając ślepotę swoich ludzkich oczu i ograniczenie swoich ludzkich zmysłów. Był czas, gdy nie mogłaby się ukryć przed nim na żadnym z tych dwu światów, ale ten czas już minął. Włóczył się z miejsca na miejsce zły i rozżalony, jak ktoś nawykły do jazdy... nie, do latania, a nawet do poruszania się szybszego niż lot. Rozpytywał o nią. Szukał.

W końcu znalazł – ale nie ją. Wiadomość. W jednej ze stacji, gdzie przebudzeni Komponenci byli przywracani ludzkim sprawom, czekał na niego list.


„Jestem pewna, że będziesz mnie szukał. Nie rób tego. Myślisz pewnie, że nie było między nami sekretów, ale były.

Kiedy zostałam wniebowzięta, miałam sześćdziesiąt jeden lat. Dwa lata wcześniej zostałam przygnieciona w walącym się budynku; mam bezużyteczne nogi i znacznie utyłam. Nie chcę, żebyś zobaczył jaka jestem gruba i stara.

Alia Narova.”


I to było tyle, więc Glenn Tropile zwrócił się, w końcu, do ostatniej dobrze go znającej osoby ze swojej listy. Tą osobą była Gala Tropile.

*

Jak zauważył, schudła. Gdy usiedli cicho razem, pojawiła się znaczna niezręczność i wtedy zauważył, że płacze. Gdy zaczął ją pocieszać, niezręczność gdzieś zniknęła, a Glenn stwierdził, że cały czas mówi.

— Gala, to było jak bycie bogiem! Przysięgam, tego uczucia nie da się z niczym porównać. Mam na myśli, że to jest jak... no dobrze, może gdybyś miała dziecko i odkryła ogień, poruszyła górę, zamieniła ołów w złoto... może gdybyś zrobiła te wszystkie rzeczy na raz, to może miałabyś o tym jakieś pojęcie. Gala, byłem jednocześnie we wszystkich miejscach, mogłem wszystko! Walczyłem z całym światem Piramid, rozumiesz? Ja! A teraz wróciłem do...

Powstrzymał ją w porę, ale wyglądało na to, że znów ma zamiar płakać.

— Nie, nie, Gala, nie zrozum mnie źle — mówił więc dalej. — Niczego ci nie wyrzucam. Miałaś prawo opuścić mnie – tam, na polu. Co ja ci mogłem zaoferować? Albo sobie, na dobrą sprawę? I nie wiem, czy coś mam z tego teraz, ale... — Uderzył pięścią w stół. — Ciągle gadają o zawróceniu Ziemi na dawną orbitę! Ale jak? W jaki sposób? O Boże, Gala, przecież nie wiemy, gdzie jesteśmy. Można by pomajstrować przy urządzeniach Piramid i zmienić nasz kurs na powrotny, tylko czy wiesz, jak wygląda nasze stare Słońce? Ja nie wiem. Nigdy go nie widziałem.

Ani ty, ani nikt inny, z żyjących.

To było, jak bycie bogiem...

A oni chcą, żeby wszystko było tak jak przedtem...

Robi mi się niedobrze, jak o tym pomyślę! Wilki i Obywatele. Już byli żywymi trupami, tylko o tym nie wiedzieli. Pewnie z czasem dadzą spokój, ale ja nie mogę czekać. Nie będę żył tak długo.

Chyba że... — urwał i patrzył na nią, zmieszany.

Gala Tropile spojrzała w oczy swojego męża.

— Chyba że co, Glenn? — zapytała. Tropile wzruszył ramionami i odwrócił się. — Chyba że tam wrócisz. To chciałeś powiedzieć?

Popatrzył na nią w milczeniu. Gala pokiwała głową.

— Chcesz tam wrócić — powiedziała bez nacisku. — Nie chcesz zostać tutaj, ze mną, tak? Chcesz wrócić do tej wanny z zupą i unosić się w niej jak dziecko. Nie chcesz mieć dzieci, sam chcesz być dzieckiem.

— Gala, ty nic nie rozumiesz. Możemy władać wszechświatem. To znaczy ludzkość może. A ja mogę do tego doprowadzić. Czemu nie? Dla mnie nie ma nic...

— Masz rację, Glenn. Dla ciebie nie ma tutaj nic. Już nic.

Otworzył usta, by odpowiedzieć, ale tylko spojrzał i rozłożył bezsilnie ręce. Idąc do drzwi, nie obejrzał się, choć wiedział, że odwraca się tyłem nie tylko do kobiety, która kiedyś była jego żoną, ale do ludzkości i całej cielesności.

*

Na zewnątrz była noc i było ciepło. Tropile stanął na starej ulicy otoczonej niskimi, zrujnowanymi domami – mógł je uczynić nowymi i wspaniałymi! Spojrzał w górę na gwiazdy przekształcone w konstelacje zbyt nowe i zmienne, by mieć nazwy. Tam był wszechświat.

Słowa nie wystarczały; słowa nie zawierały żadnych wyjaśnień. Oczywiście nie mógł spowodować, by Gala, czy ktokolwiek inny, to zrozumiał, gdyż ciało nie jest w stanie uchwycić rzeczywistości umysłu i ducha uwolnionych od ciała. Dzieci! Dom! I cały ten brudny zwierzęcy interes z jedzeniem, piciem i spaniem! Jak można prosić kogokolwiek o pozostanie w błocie, gdy gwiazdy nad głową rzucają wyzwanie?

Poszedł wolno ulicą, samotny w nocy, bóg-praktykant wyrzekający się nieśmiertelności. Nie było tu nic dla niego, skąd więc to poczucie straty?

Odezwał się Obowiązek (a może Duma): „Skoro ktoś musi zrezygnować z ciała, by kontrolować orbitę Ziemi i jej pogodę – to czemu nie ty?”

Odpowiedziało ciało (a może dusza – czymkolwiek była?): „Ale będziesz samotny.”

Zatrzymał się na chwilę niezdecydowany między przeznaczeniem i prochem...

Aż doszedł go tupot stóp dobiegający z tyłu i głos Gali.

— Poczekaj Glenn! Poczekaj! Chcę iść z tobą!

Odwrócił się i czekał, ale tylko dopóki nie dobiegła, po czym ruszył dalej.

Ale już nie sam – na zawsze.


KONIEC




Ten dokument jest dostępny na licencji Creative Commons: Attribution-NonCommercial-ShareAlike 3.0 Generic (CC BY-NC-SA 3.0). Może być kopiowany i rozpowszechniany na tej samej licencji z ograniczeniem: nie można tego robić w celach komercyjnych.

These document is available under a Creative Commons License. Basically, you can download, copy, and distribute, but not for commercial purposes.

Creative Commons License
Download:Zobacz też:



Webmaster: Irdyb (2011)