home

„Książka nie jest towarem!”

Z czego jednak mają żyć autorzy?

Świat musi znaleźć alternatywny sposób wynagradzania twórców.

XIV

Serią zgrzytliwych wstrząsów, jak przy uwalniającym naprężenia potężnym trzęsieniu ziemi, Piramidy zaczęły odpierać atak.

— Tropile! — zawołał nagląco umysł Narovej.

Tropile pomknął do miejsca kłopotów. Oczami, które nie należały do niego, obejrzał przypominający plaster miodu świat Piramid. Był to obszar, na którym spoczywały pokryte odwiecznym pyłem ogromne, starożytne pojazdy właśnie zaczynające się poruszać.

Gąsienicowe ciągniki ładowały coś, co Tropile uważał za pośpiesznie zsyntetyzowane materiały wybuchowe. Prawie zapomniane pojazdy kołowe wypełzały bezładnie z zapomnianych garaży i toczyły się niezdarnie tunelami planety.

— Kierują się do nas — stwierdził beznamiętnie Tropile.

— Chcą się bić? — spytała Alia Narova.

— Jasne. Zobacz, czy uda ci się dostać do sterującego nimi układu. A ja... ja pogadam z chłopakami przez Joeya. — I już mknął gdzieś dalej.

Dziwnie było patrzeć oczami obcego, nazywanego Joeyem. Kolory nie pasowały, perspektywa była płaska, ale mógł widzieć, chociaż niewyraźnie. Zobaczył Haendla radośnie zakładającego bagnet – tak, tak, bagnet! – na karabin. Zobaczył Obywatela Germyna, nagiego, ale raźnego, dzielnie posapującego z tyłu.

— Pospieszcie się! — powiedział, używając dziwnych strun głosowych obcego. (Jak dziwnie znów używać słów.) — Piramidy kierują się do komór z Komponentami. Myślę, że chcą nas pozabijać.

Pomknął dalej, rozpoznał obszar i powrócił.

— Musicie iść beze mnie. To znaczy beze mnie w Joeyu. Jedyna droga, którą możecie się tam dostać, tak mi się wydaje, prowadzi przez wąski tunel wentylacyjny... bo chyba takie jest jego przeznaczenie.

Szybko (choć w porównaniu z biegiem myśli, do którego już przywykł, wydawało się to boleśnie powoli) przekazał im ich trasę i odszedł; tak woleli. Obserwując z tuzina punktów obserwacyjnych na raz, widział powolny pochód maszyn i wolniejszy marsz idącej na ich spotkanie jego małej armii. Zastanawiał się nad ich alternatywną trasą i jakąś blokadą z wykorzystaniem obwodów sterujących drzwiami awaryjnych i przejściami.

Niektórych obwodów nie mógł jednak kontrolować. Piramidy wycofały całe sekcje swojej sieci i niektóre obszary planety były teraz dla niego całkowicie ukryte. Sekcje rozległego kompleksu remontowo-napędowo-produkcyjnego nie podlegały już jego wpływom ani kontroli.

To mogłoby się udać, jest całkiem blisko, pomyślał beznamiętnie Tropile. Szanse były jakieś sześć do dziesięciu, że ten pośpiesznie sformowany oddział uderzeniowy będzie w stanie przechwycić konwój automatycznych pojazdów, zanim dotrą one do regałów ze zbiornikami odżywczymi.

A jeśli nie zdążą?

Gdyby to było możliwe, Tropile roześmiałby się głośno. No cóż, jego ciało zostałoby zniszczone! Zbyt trywialna sprawa, by się o to martwić! Już zapominał, że posiada coś takiego jak ciało; te kości i skóra unoszące się w płynie jako ośmioramienny „płatek śniegu” chyba już należą do kogoś innego. Wiedział, że to nieprawda. Wiedział, że jeśli to ciało zostanie zabite, on też umrze. A przecież nie czuł strachu, żadnego osobistego zaangażowania. To był jedynie interesujący problem przy planowaniu i nic więcej.

Czy ludzcy bojownicy dotrą na czas?

Automatyczne pojazdy chyba miały jakieś zmysły, gdyż kiedy pierwszy z ludzi wtargnął do tunelu kilkaset jardów przed pierwszą ciężarówką, maszyny zatrzęsły się i zatrzymały. Przerwa trwała sekundę. Potem maszyny rozpoczęły mozolne cofanie do najbliższego skrzyżowania, którego Tropile nie mógł zablokować. Pośpiesznie skanował okolicę. W porządku! Obwody w pobliżu korytarza były poza jego zasięgiem, ale dalej prowadził on do innego, wyglądającego na jakiś nieużywany rurociąg. A tam mógł się dostać...

Cierpliwie (jak te maszyny powoli się wloką) czekał, aż jeden z pojazdów Piramid wiozący materiały wybuchowe będzie przechodził przez gigantyczny zawór – i wtedy go zamknął.

Eksplozja dosięgła wszystkie pojazdy konwoju. Zniszczenie było kompletne.

Jedno z zagrożeń zostało usunięte.

I prawie natychmiast dostał kolejne pilne wezwanie od Narovej.

— Tropile, szybko!

*

Piramidy były najpotężniejszą rasą wojowników, jaka kiedykolwiek pojawiła się we Wszechświecie. Byli niewrażliwi na ataki i niepokonani, chyba że od wewnątrz. Jak Aleksander Wielki rozbijali w proch wszystkich napotkanych wrogów. I jak umierający Aleksander skręcali się z bólu i wściekali na drobnego, niewidocznego bakcyla wewnątrz.

Na ślepo i niemal samobójczo Piramidy powróciły do swojej odwiecznej zasady „pchaj-i-ciągnij”.

Geografia bliźniaczej planety przypominała pszczeli ul, prawie płaski na powierzchni, ale wewnątrz pocięty plątaniną tuneli, sal, króliczych nor, pomieszczeń, kanałów i amfiteatralnych komór. Maszyneria i metalowe komponenty znajdowały się zawsze głęboko pod skorupą planety. Delikatniejsi i bardziej użyteczni Komponenci z krwi i ciała byli, do pewnego stopnia, skoncentrowani na kilku obszarach...

I jeden z tych obszarów zniknął.

— To wygląda, jakby odłamali kawałek planety! — zawołał raptownie Tropile, bezsilnie atakując swoim umysłem peryferie brakującego obszaru. — Wszystko tu się kończy. Jakaś fizyczna przerwa, której nie mogę przekroczyć. Szybko, może ktoś wie, co to za sekcja?

— Sekcja napędu.

— Rozumiem — Tropile zawahał się, zmieszany po raz pierwszy od przebudzenia. — Czekajcie.

Wycofał się do swego „płatka śniegu” i połączył z innymi ośmioramiennymi zespołami, będącymi obecnie czymś na kształt sztabu generalnego.

— Piramidy próbowały odciąć system napędu przed kilkoma sekundami, a może dniami, i im się nie udało — powiedział. — Obudziliśmy wtedy kolejnych Komponentów i zdołaliśmy utrzymać z nimi kontakt. — Większość już to wiedziała, ale mówienie zajmowało tak niewiele czasu, że prościej było powtórzyć wszystko od początku do końca. — Teraz odseparowali go wyraźnie od samej planety. Nie sądzę, żeby odległość była duża, ale jest tam fizyczny odstęp. System napędu jest ważny dlatego, że kontroluje główne generatory sił elektrostatycznych, stosowanych zarówno do poruszania planet, tej i naszej, jak i do wykonywania Wniebobrań. Jeśli Piramidy będą to kontrolować, mogą być w stanie odłączyć nas od obwodu, wysyłając na Ziemię, a być może w przestrzeń kosmiczną, gdzie umrzemy. Pytanie jest więc, jak możemy temu przeciwdziałać?

Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Pooddzielanie i prześledzenie pomysłów nie stanowiło dla Tropile'a i reszty żadnego problemu, niemniej odtworzenie tego nie wydaje się możliwe.

— Ja to zrobię — powiedział ktoś w końcu. — Wiem jak.

To była Alia Narova.

— Tak? W jaki sposób? — zapytał Tropile, dziwnie zatrwożony.

— Pójdę tam i spróbuję wyśledzić obszar, który Piramidy będą chciały odizolować, wejdę tam cała — rozumiała przez to „skupienie” swojej „psychiki”, tych jej części, które przemieszczają się po ścieżkach neuronowych, nieograniczane ciałem ani odległością. — Wejdę w miejsce, które odetną następnym razem z największym prawdopodobieństwem. I wtedy zmuszę zespoły napędowe w odciętych sekcjach do włączenia się z powrotem w obwód.

— Ale nie wiesz, co się wydarzy! — sprzeciwił się Tropile. — Nigdy wcześniej nie byliśmy odcięci od naszych ciał fizycznych. Możesz umrzeć. Może to być w ogóle niemożliwe. Nie wiesz tego!

Alia Narova pomyślała „uśmiech” i „pożegnanie”.

— Nie wiem — powiedziała i dodała: — Żegnaj Tropile.

Po czym odeszła.

Tropile pogonił za nią z furią, ale ona była równie szybka jak on, zbyt szybka, by mógł ją dogonić. Zniknęła. Co za głupota, wykrzyczał bezgłośnie. Jak mogła zrobić coś tak szalonego, tak ryzykownego?

Cóż innego jednak można było zrobić? Tego nikt nie wiedział. Byli nierozgarniętymi niemowlętami, chwilowo odnoszącymi sukcesy, gdyż nie zaplanowano obrony przed nimi. No bo któż by oczekiwał, że niemowlęta podniosą rebelię? Wszystko, co mogli odgadnąć lub wyobrazić sobie, każdy ruch, jaki mogli wykonać, Piramidy potrafiły skutecznie odeprzeć. Chwilowy sukces nie miał znaczenia. To czy Piramidy zwyciężą, czy ludzie, zależało od ostatecznej decyzji i każdy mógł jedynie zgadywać, jakie kroki należy podjąć, by ta decyzja była korzystna dla ludzi. Pomysł Narovej był równie dobry jak każdy inny.

Tropile mógł jedynie czekać i  obserwować.

Oczami wielu obserwatorów i z wielu punktów widzenia mógł z grubsza widzieć, co się dzieje.

*

Obok odłączonego obszaru była sekcja planety, gdzie umysł i zmysły Narovej zaległy na chwilę... i zniknęły. Tak jak chciała, jej cel został osiągnięty. Została zabrana. Znalazła się poza obwodem.

Obezwładniająca świadomość straty, która ogarnęła Glenna Tropile, była czymś poza jego doświadczeniem.

Ciało w „płatku śniegu”, obok niego, które przyzwyczaił się uważać za ciało Alii Narowej, zwinęło się ostro, jakby budząc ze snu i zwiotczało, unosząc się w płynie.

— Alia Narova! Alia Narova!

Bez odpowiedzi.

— Tropile! Szybko tutaj! — rozległo się przeraźliwe wołanie.

Żegnaj Alio Narova! Pomknął zobaczyć, po co go wołają. Ogromne bezmyślne głazy odrywały się od skorupy bliźniaczej planety i wirowały jak muchy w pustce wokół niej.

— Co to jest? — krzyknął ktoś.

Tropile nie potrafił odpowiedzieć. Wyraźnie było to działaniem Piramid. Czyżby miały zamiar zdemolować własną planetę? Rozkopywały skorupę, żeby odsłonić gniazdo robaków z przebudzonymi Komponentami pod spodem?

— Powietrze! — krzyknął Tropile z całym przekonaniem. To, co Piramidy robiły, było zwykłym odrobaczaniem. Niszcząc własne urządzenia utrzymujące powietrze, ciśnienie i temperaturę, mogły zniszczyć wszystkie żywe istoty wewnątrz – łącznie z Haendlem, Obywatelem Germynem, a także, w końcowym efekcie, również ciała Tropile'a i pozostałych przebudzonych, gdyż bez mobilnych żołnierzy broniących bezsilne kokony przed maszynami, bezwładne ciała mogą być zniszczone równie łatwo jak larwa pod butem rolnika.

Alia Narova nie dała więc rady.

Sama przeciw Piramidom nie zdołała przywrócić odłączonych sekcji do obwodów zdominowanych obecnie przez Tropile'a. To był koniec nadziei. Ale to nie strach przed klęską i pognębieniem Ziemi sparaliżował Tropile'a, lecz to, że Alia Narova odeszła na zawsze.

Piramidy okazały się za silne.

A przecież, pomyślał z ożywieniem, przedtem były również za silne, a wciąż udawało się znaleźć słaby punkt!

Myśl, polecił sobie desperacko.

— Myślcie! — powtórzył. Komponenci zawirowali niespokojnie wokół niego, zarzucając go pytaniami. — Myślcie! — krzyknął. — Myślcie wszyscy! Pomyślcie o swoim życiu i nadziejach!

— Myślcie!

— Miejcie nadzieję!

— Martwcie się!

— Snujcie marzenia!

Komponenci sięgali ku niemu, zaciekawieni.

— Działajcie, koncentrujcie się, pragnijcie, myślcie! Pozwólcie swoim umysłom uwolnić się i pomyślcie o Ziemi, miłej trawie i ciepłym słońcu! Pomyślcie o miłości, pocie i złamanym sercu! Pomyślcie o śmierci i narodzinach! Myślcie, na miłość boską, myślcie!

Odpowiedź nie była dźwiękowa, niemniej ogłuszająca.

*

W odciętych sekcjach, szybujący umysł Alii Narovej znalazł się w pułapce. Był niewystarczający; nie mogła sforsować swą wolą tępej niezmienności Piramid...

Dopóki ta niezmienność nie zaczęła się chwiać.

Pojawił się jakiś przeciek myśli.

Oszołomił i zdumiał Piramidy. Cała sieć neuronowa rozbrzmiała plątaniną myśli i emocji, które dla Piramid wyglądały na całkiem obłąkane! Podekscytowane umysły Komponentów wstrząsane były pragnieniami i emocjami zupełnie nowymi doświadczeniu Piramid. Cóż Piramidy mogły zrobić z popędem seksualnym ludzi? Albo namiętnym ubóstwianiem Jaja przez lepkoręcznych obcych? A co z głodem, pragnieniem czy palącą wilczą potrzebą posiadania przewagi tryskającą z takich ludzi jak Tropile?

Zawahały się w niepewności. Ich reakcje spowolniły i straciły pewność.

I wtedy Alia Narova odniosła sukces, dokonała tego, co planowała. Zdołała sięgnąć przez przestrzeń i bariery do Tropile'a i włączyć ponownie system napędu do obwodu. Sekcja kontrolująca główne generatory elektronicznej „kosy” znów była w ich rękach.

— Teraz! — zawołał Tropile i wszyscy Komponenci sięgnęli, by uchwycić i przyciągnąć.

— Teraz! — I główna kontrola należała do nich; pełna moc generatorów była na ich rozkazy.

— Teraz! Teraz! Teraz! — Grubą wiązką pola elektrostatycznego sięgnęli i pochwycili leniwą, zadumaną Piramidę na Mount Evereście.

Od ponad dwóch stuleci siedziała tam przycupnięta bez ruchu. Teraz zadrżała i chciała się cofnąć, ale wiązka siłowa pochwyciła ją, obróciła i rzuciła z Ziemi do góry, prosto w maleńkie sztuczne słońce.

Uderzyła, rozbłyskując niebiesko-białym płomieniem.

— Jedna z głowy! — triumfował Tropile. — Alio Narova, jesteś tam?

— Wciąż jestem — zawołała z wielkiej odległości. — Jeszcze raz?

— Jeszcze raz!

Sięgali po Piramidy i znajdowali je, gdziekolwiek by były. Niektóre były blisko powierzchni bliźniaczej planety, a niektóre setki mil wewnątrz, a kilka, bardziej zdesperowanych niż inne lub może tylko z wyznaczonym takim zadaniem, odkryto przy włazie do jedynego statku kosmicznego Piramid.

Lecz gdzie by nie były i co by nie postanowiły robić, wszystkie zostały znalezione i schwytane. Przybywały, drżąc i trzęsąc się jak pstrąg na wędce. Przybywały, rozbijając się warstwa po warstwie o nieprzenikliwy metal, przez który mimo to przenikały. Przybywały tuzinami i grupami, a w końcu tysiącami, ale przybywały.

Na maleńkim słońcu pojawiało się coraz więcej niebiesko-białych rozbłysków – tak wiele, że Tropile zaczął w końcu przeszukiwać planetę szukając desperacko jakiejś jednej Piramidy, która by przeżyła – nie, żeby zabić wroga, ale zachować go jako okaz.

Szukał bez rezultatu.

Piramidy zostały zniszczone, odeszły. Żadna nie ocalała. Po raz pierwszy od stuleci Ziemia leżała otwarta i wolna pod swoim maleńkim słońcem.

Wojna ta była dziwna, ale krótka.

I skończyła się.


Ten dokument jest dostępny na licencji Creative Commons: Attribution-NonCommercial-ShareAlike 3.0 Generic (CC BY-NC-SA 3.0). Może być kopiowany i rozpowszechniany na tej samej licencji z ograniczeniem: nie można tego robić w celach komercyjnych.

These document is available under a Creative Commons License. Basically, you can download, copy, and distribute, but not for commercial purposes.

Creative Commons License
Download:Zobacz też:



Webmaster: Irdyb (2011)