home

„Książka nie jest towarem!”

Z czego jednak mają żyć autorzy?

Świat musi znaleźć alternatywny sposób wynagradzania twórców.

I.

— Obawiam się, że jestem niepoprawnym romantykiem — powiedział koordynator. — Wiecie co? Bardzo nie chcę, żebyście tam jechali.

Akademik Amschel Mayer był człowiekiem w średnim wieku; dr Leonid Plekhanov był jego rówieśnikiem i wzajemnie się uzupełniali. Mayer był chudy i wysoki, a jego kolega gruby, oschły i flegmatyczny. Obecnie obaj wyglądali na zaskoczonych.

— ...beze mnie — dodał koordynator.

Plekhanov zachował kamienną twarz. Nie miał w zwyczaju okazywać zniecierpliwienia przełożonym. Z drugiej strony, statek czekał, załadowany i z pełną załogą.

— Oczywiście, nie zaszkodzi nam pogadać na koniec — powiedział Amschel Mayer. Rozumiał tamtego. Jego marzenia się realizowały, a Mayer wraz z kolegą byli ostatnim elementem tych marzeń, nad którym koordynator miał jeszcze kontrolę. Gdy wystartują, minie pół wieku, zanim się dowie czegoś więcej.

— Jasne, ale mam na myśli coś więcej niż tylko rozmowę — koordynator przeszedł do konkretów. — Krótko mówiąc, chciałbym wziąć udział w tym zadaniu. Niewątpliwie byłbym tam zbędny, ale mam kilka pytań, bez względu na to, jak będą się wydawały trywialne. Teraz jest ostatni moment, by je zadać.

Jakież pytania mogły się pojawić w tej ostatniej chwili, pomyślał Plekhanov.

— Jesteście pierwszymi, pierwszymi z wielu wielu takich zespołów — mówiąc to, szef wydziału obracał się powoli w tę i z powrotem w swoim obrotowym fotelu. — Od tego, jak wypełnicie swoje zadanie zależy przyszłość ludzkości. To oczywiste, gdyż na waszym doświadczeniu będzie się opierać cała nasza przyszła polityka kolonizacji międzygwiezdnej. — Zniżył głos. — Położenie, w jakim się znajdziecie, będzie wymagało dużej pokory.

— Zdajemy sobie z tego sprawę — zgodził się Amschel Mayer. Plekhanov pokiwał głową.

— Chociaż — koordynator również pokiwał głową — sytuacja jest niemal dokładnie taka, jakiej oczekiwaliśmy. Planety Rigela są wprost niewiarygodnie podobne do Ziemi. Prawie cała nasza flora i fauna się przystosowała. Z pewnością nasza rasa również. To są dwie najwcześniej zasiedlone planety. Prawie tysiąc lat temu, na każdej z nich, wysadziliśmy niewielką grupę osadników. Od tamtego czasu okresowo sprawdzamy, co się tam dzieje, zawsze z daleka, nie ingerując. — Jego oczy przesuwały się z jednego z rozmówców na drugiego. — Macie jakieś pytania lub uwagi na ten temat?

— Jedna rzecz mnie zastanawia — powiedział Mayer. — Te kolonie były z początku takie małe. Jak im się udało zaludnić cały świat w ciągu jednego milenium?

— Ludzie się przystosowują, Amschel — powiedział koordynator. — Studiowałeś historię Stanów Zjednoczonych? Przez pierwsze półtora stulecia potrzeba było ludzi, żeby zaludnić rozległe lądy zabrane Indianom Amerykańskim. Rodziny z ośmiorgiem, dziesięciorgiem czy dwanaściorgiem dzieci były czymś zwyczajnym, a zdarzały się też większe. Pokolenia następowały szybko po sobie; dziewczęta, które skończyły siedemnaście lat i nie były zamężne, obawiały się już staropanieństwa. A w następnym stuleciu? Bezludne tereny zniknęły, nie było już potrzeby ich zaludniania. Nie tylko wprowadzono drastyczne ograniczenia w prawie imigracyjnym, ale szybko zmniejszyły się też rodziny i w połowie dwudziestego wieku liczyły zazwyczaj dwoje, troje dzieci, a nawet zaczęła wzrastać liczba małżeństw bezdzietnych.

— Niemniej, to wciąż tylko tysiąc lat. — Mayer z niecierpliwością zmarszczył brwi. — Zawsze się zdarzy jakiś głód, wojna, choroby...

— Amschel, to czterdzieści do pięćdziesięciu pokoleń — parsknął protekcjonalnie Plekhanov. — Wychodząc od stu kolonistów? Gdzie twoja umiejętność liczenia?

— Dowody są tam — powiedział koordynator. — Szacujemy każdą z planet Rigela na populację około miliarda ludzi.

— Mówiąc dokładniej — mruknął Plekhanov — jakieś dziewięćset milionów na Genui i siedemset pięćdziesiąt na Texcoco.

— Ciekaw jestem, jak oni nazywają swoje planety. — Mayer uśmiechnął się sarkastycznie. — Przecież nie używają nazw arbitralnie nadanych przez nas.

— Prawdopodobnie w obu przypadkach nazywają je „Światem”. — Koordynator uśmiechnął się. — W końcu język podstawowy, mimo tysiąca lat, to wciąż amero-angielski. Zresztą wiecie chyba, jak dobieramy te nazwy. Najbardziej zaawansowana kultura na pierwszej planecie Rigela może być porównana do włoskich miast w okresie panowania feudalizmu w Europie. Dlatego nazwaliśmy ją Genua. A najbardziej zaawansowane społeczeństwo tej drugiej daje się przyrównać do Azteków w okresie konkwisty. Zastanawialiśmy się nad Tenochtitlánem, ale żeby nie łamać sobie języka, zrobiliśmy z tego Texcoco1.

— Cywilizowanie Genui powinno być znacznie łatwiejsze niż prymitywnego Texcoco — zastanawiał się Mayer.

— Niekoniecznie — wzruszył ramionami Plekhanov.

Koordynator śmiejąc się, podniósł rękę.

— Panowie, nie czas teraz na dyskusje merytoryczne. Za godzinę będziecie w przestrzeni z perspektywą rocznej podróży. Będziecie mieli dosyć czasu na przedyskutowanie wszelkich problemów waszego zadania, na debaty i roztrząsanie włosa na czworo. Wiecie już, jak niezwykła będzie wasza sytuacja — dodał, poważniejąc. — Ci koloniści będą podlegli waszej kontroli w zakresie, w jakim jeszcze nigdy mała grupa nie dominowała nad milionami. Żaden cesarz nigdy nie osiągnął takiej władzy, jaka będzie spoczywała w waszych rękach. Przez pół stulecia będziecie niczym bogowie. Wasza wiedza, wasze umiejętności techniczne, wasza medycyna, jeśli okaże się potrzebna, wasza broń, będą o wiele stuleci bardziej zaawansowane od tego, czym dysponują oni. Jak już powiedziałem, wasza pozycja będzie wymagała pokory.

Mayer zaczął się wiercić na krześle.

— A czemu nie możecie przylecieć co dziesięć lat na inspekcję? W końcu będzie nas tylko szesnastu. Wszystko może się zdarzyć. Gdyby co dekadę przylatywał statek...

Koordynator potrząsnął głową.

— Wasze kwalifikacje są najwyższe z możliwych — powiedział. — Gdy tylko się tam pojawicie, zaczniecie akumulować informacje, których my, tu w Terra City, nie posiadamy. Jeśli po dziesięciu latach wyślemy inną grupę na inspekcję, wszystko, co będą mogli zrobić, to wpłynąć na sytuację, której wszystkich czynników nie będą znali.

Amschel Mayer poruszył się nerwowo.

— Ale, bez względu na to jak dobrze jesteśmy wyszkoleni i jak dużo w nas zapału, wciąż możemy zawieść — powiedział zmartwionym głosem. — Wydział nie może oczekiwać gwarancji sukcesu. W końcu, jesteśmy pierwsi.

— To prawda. Z pośród tysięcy zasiedlonych planet te, do których dotrze wasza grupa, będą pierwsze. Jeśli wam się nie uda, wykorzystamy waszą klęskę, by udoskonalić ewentualne metody działania, które będziemy musieli opracować dla przyszłych zespołów. Nawet wasza klęska ma dla nas nieocenioną wartość. — Koordynator wzruszył ramionami. — Nie chciałbym podważać waszej wiary w siebie, ale skąd mamy to wszystko wiedzieć. Prawdopodobnie, zanim uda się nam opracować idealną metodę włączania tych prymitywnych kolonii do naszej Wspólnoty Galaktycznej, musi nastąpić pewna ilość nieudanych akcji.

Koordynator podniósł się na nogi i westchnął. Wciąż bardzo nie chciał, żeby pojechali.

— No, to jeśli nie ma innych spraw...




  1. Texcoco – jezioro, na którym, na wyspie, założono miasto Tenochtitlán (obecnie Meksyk), z czasem całkowicie osuszone. Obecnie prowadzone są prace rekultywacyjne jeziora. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.)

Ten dokument jest dostępny na licencji Creative Commons: Attribution-NonCommercial-ShareAlike 3.0 Generic (CC BY-NC-SA 3.0). Może być kopiowany i rozpowszechniany na tej samej licencji z ograniczeniem: nie można tego robić w celach komercyjnych.

These document is available under a Creative Commons License. Basically, you can download, copy, and distribute, but not for commercial purposes.

Creative Commons License
Download:Zobacz też:



Webmaster: Irdyb (2011)