home

„Książka nie jest towarem!”

Z czego jednak mają żyć autorzy?

Świat musi znaleźć alternatywny sposób wynagradzania twórców.

VI.

Leonid Plekhanov, Joseph Chessman, Barry Watson, chan Reif i kilku sztabowców tulańskiej armii stało na niewielkim pagórku i spoglądało na dolinę o powierzchni kilku mil kwadratowych. Dolinę, jeśli nie liczyć kawałka morskiego brzegu, otaczały ze wszystkich stron górskie pasma. Reif i trójka Ziemian pochylili się nad mapą sztabową okolicy.

— Do doliny prowadzą jedynie dwie większe przełęcze — mówił Barry Watson, sunąc palcem po mapie. — My panujemy nad tą, oni zajęli tamtą.

Plekhanov skrzywił się z niechęcią. To nie był jego żywioł i zdawał sobie z tego sprawę.

— Ilu ludzi Mynor zdołał zebrać? — zapytał.

Watson starał się unikać jego wzroku.

— Według ustaleń Hawkinsa, około pół miliona. Przeleciał nad nimi rano.

— Pół miliona?

— Włącznie z koczownikami, oczywiście — powiedział Joe Chessman. — Ale koczownicy walczą bardziej jak tłum niż jak armia.

Plekhanov potrząsnął swoją masywną głową.

— Jeśli będziemy unikać bitwy, większość z nich rozlezie się. W tej okolicy nie będą w stanie wyżywić tylu ludzi. Koczownicy, zwłaszcza, powrócą do domu, jeśli szybko nie dojdzie do walki.

— I o to właśnie chodzi, sir — powiedział Watson, starając się ukryć zniecierpliwienie. — Jeśli ich nie złamiemy teraz, odnosząc decydujące zwycięstwo, staną do walki ponownie. Trochę później. Dostali już żelazne miecze, kusze i trochę muszkietów. Dajmy im czas i wszyscy będą tak uzbrojeni. A wtedy będzie po ptokach.

— Barry ma rację — powiedział kwaśno Joe Chessman.

Reif pokiwał głową.

— Musimy ich pokonać teraz, o ile to możliwe — oświadczył. — Za rok będzie dwa razy trudniej.

— Pół miliona tamtych i coś koło czterdziestu tysięcy naszych Tulan — zrzędliwym tonem powiedział Plekhanov.

— Około trzydziestu tysięcy Tulan, wyłącznie piechota — poprawił go Reif. Po czym dodał: — Z tych ośmiu tysięcy sojuszniczej jazdy tylko niektórym można zaufać.

Jego dziesięcioletni syn wcisnął się obok niego i zaczął przyglądać mapie.

— Co to dziecko tutaj robi? — warknął Plekhanov.

Reif spojrzał mu prosto w oczy.

— To jest Taller Drugi, mój syn — powiedział. — Nikt z was, z Pierwszej Ziemi, nigdy nie zadał sobie trudu, żeby poznać nasze obyczaje. Jednym z nich jest to, że syn chana bierze udział we wszystkich bitwach swojego ojca. Na tym polega jego edukacja.

— Trzy dni będą potrzebować na przemarsz całej swojej armii w to miejsce. — Watson zaczął ponownie pokazywać coś na mapie. — W odwrocie zajmie im to tyle samo czasu — dodał z naciskiem.

— Nie możemy ryzykować — powiedział Plekhanov, krzywiąc się okropnie. — Jeśli nas pokonają, nie mamy żadnych rezerw. Stracimy wszystko. — Popatrzył znacząco na Joe'ego Chessmana i Watsona. — Musielibyśmy uciekać na „Pedagoga”.

Twarz Reifa pozostała bez wyrazu. Barry Watson spojrzał na niego.

— Nie opuścimy cię, Reif — powiedział. — Nie bierz w ogóle tego pod uwagę.

— Wierzę ci, Barry Watsonie — powiedział Reif. — Jesteś... żołnierzem.

Nadleciał mały dwupłatowiec Dicka Hawkinsa i wylądował sprawnie u stóp wzgórza. Pilot wyskoczył z niego i pół biegnąc skierował się ku nim.

— Ruszyli się. Forpoczta ich jazdy jest już na przełęczy — zaczął krzyczeć, gdy tylko znalazł się w zasięgu głosu.

— To co, że jazda? — huknął Plekhanov, gdy Hawkins już do nich dotarł. — Słuchaj Hawkins — powiedział, pocierając nerwowo swoje grube wargi. — Wracaj tam i zasyp ich bombami. Użyj gazu.

— Mam w skrzydłach cztery dziury od pocisków — powiedział, ociągając się, pilot.

— Dziury od pocisków? — wykrzyknął Joe Chessman.

— Wygląda na to — zwrócił się do niego pilot — że cały oddział MacBride'a przeszedł na stronę rebeliantów. Z pełnym wyposażenie i dwulufowymi muszkietami. Okrągły tysiąc ludzi.

Watson popatrzył zimno na Leonida Plekhanova.

— To pan nalegał, żeby wydać broń ludziom, co do których nie byliśmy pewni — powiedział.

— Coś ci się pokręciło — mruknął Plekhanov. — I nie mów do mnie takim tonem. Twoim zdaniem, nie powinniśmy zbroić naszych ludzi?

— Tak, ale nasza wciąż stosunkowo niezbyt zaawansowana broń nie powinna wpaść w ręce nikogo poza zaufanymi obywatelami Państwa. A z pewnością nie w ręce bandy najemników. Jedyni, do których naprawdę możemy mieć zaufanie, nawet wśród Tulan, to ci, co byli dziećmi wtedy, gdy przejęliśmy władzę. Ci, których zdążyliśmy zaindoktrynować.

— Błąd został zrobiony — powiedział Plekhanov. — Teraz już za późno. Hawkins poleci i zagazuje tych jeźdźców, gdy przekroczą przełęcz.

— Pomyłką było również pozwolić im poznać sekret kuszy — powiedział Reif.

— Niczego im nie pozwalałem — ryknął Plekhanov. — Raz kusza została wprowadzona i znajomość jej konstrukcji przez nieprzyjaciela stała się tylko kwestią czasu.

— To trzeba było jej nie wprowadzać — odpowiedział Reif, nie unikając wzroku Ziemianina.

Plekhanov zignorował go.

— Hawkins — powiedział — weź się za ten atak gazowy. Watson, wycofaj wszystkie nasze oddziały, za tę przełęcz, którą kontrolujemy. Będziemy unikali bitwy, dopóki większość ich armii się nie rozejdzie.

— Mówiłem już, że ci jeźdźcy mają muszkiety. Żeby skutecznie użyć gazu, muszę polecieć całkiem nisko, w zasięgu ich łatwego strzału. Po pierwsze: to jest nasz jedyny samolot, jaki udało nam się zbudować. Po drugie: MacBride prawdopodobnie nie żyje, zabity, gdy ci jeźdźcy się zbuntowali. Po trzecie: nie przyjechałem na tę ekspedycję, by zginąć w bitwie, ale by pomóc ucywilizować Texcocan.

— Tchórzysz, co? — parsknął pogardliwie Plekhanov. — Zacznijcie wycofywać nasze oddziały — zwrócił się gburowato do Watsona i Reifa.

— Joe? — Barry Watson spojrzał na Chessmana.

Joe Chessman powoli potrząsnął głową.

— Chanie — zwrócił się do Reifa. — Zacznij przeprowadzać swoją piechotę przez przełęcz. Barry, poprowadzimy bitwę według twojego planu. Jedną flankę oprzemy o brzeg morza, a tę część jazdy, do której mamy zaufanie skoncentrujemy na wzgórzach po prawej. To jest słaby punkt i jazda będzie musiała go utrzymać.

Grube wargi Plekhanova zadrgały.

— Co to ma być, niesubordynacja? — krzyknął z wściekłością.

Reif odwrócił się na pięcie i w asyście młodego Tallera i członków swojego sztabu pospieszył w dół zbocza, gdzie stały ich spętane konie.

— Dick — Chessman zwrócił się do Hawkinsa — jeśli masz paliwo, byłoby chyba dobrze mieć na nich oko. Tylko lataj wystarczająco wysoko, żeby uniknąć ognia z broni palnej.

Hawkins spojrzał ukradkiem na Plekhanova, po czym odwrócił się i pospieszył do swojego samolotu.

— Leonid, nie możemy sobie pozwolić na więcej błędów — posępnym tonem powiedział Joe Chessman. — Zbyt wiele ich już zrobiliśmy. — Odwrócił się do Watsona. — Upewnij się, że ich jazda nas śledzi. Niech zobaczą, że również wkraczamy do doliny. Będą pewni, że mają nas w pułapce.

— Bo będą mieli! — ryknął Plekhanov. — Watson, odwołuję ten rozkaz! Wycofujemy się.

Barry Watson spojrzał na Joe'ego Chessmana i uniósł brwi.

— Zamknijcie go — mruknął kwaśno Joe. — Potem się zastanowimy, co z tym zrobić.

* * *

Na trzeci dzień armia rebeliantów Mynora, wraz z koczownikami, przecisnęła się tłumnie przez przełęcz i zaczęła formować szyk bitewny. Szereg za szeregiem, za szeregiem.

Piechocie Tulan przejście zabrało mniej niż pół dnia. Potem rozłożyli się obozem i odpoczywali, pozostawiając całą aktywność forpocztom jazdy przeciwnika.

Obecnie trzydzieści tysięcy Tulan sformowało falangę i rozpoczęło marsz przez dolinę.

Joe Chessman, Hawkins, Roberts, Stevens i chan Reif, oraz kilku jego ludzi znów stali na wzgórzu, które umożliwiało pełny widok terenu. Używając lornetek i nadgarstkowych komunikatorów z „Pedagoga”, mieli wgląd w bitwę.

Barry Watson szedł w dole za posuwającą się piechotą. Było tu sześć dywizji po pięć tysięcy ludzi w każdej. Z głębokiego na szesnastu ludzi szeregu sterczały do przodu dwudziestoczterostopowe sarissy. Jedynie kilku pierwszych mogło wysunąć swoją broń, pozostali stanowili wzmocnienie i rezerwę uzupełniającą straty w ludziach na pierwszej linii. Za nimi, wybijając rytm powolnego i nieubłaganego marszu szły wszystkie bębny Tulan.

— Barry, ich jazda zaczyna atakować — zameldował z podnieceniem Cogswell, utrzymujący łączność radiową. — Reif mówi, że zaraz za nimi nadchodzi piechota koczowników. — Cogswell chrząknął, żeby oczyścić gardło. — Cała piechota.

Watson podniósł rękę dając sygnał swoim oficerom. Falanga zatrzymała się, przyjmując natarcie na jeża z sariss. Nieprzyjacielska jazda zakręciła i próbowała zawrócić, rozjechawszy się na boki, ale została zablokowana w krwawym zamęcie przez własną nacierającą piechotę.

— Główny korpus ich konnych uderzył w naszą prawą flankę — zameldował Cogswell trzymający ucho przy radiu. — Przewyższają naszych liczebnie około dziesięciu do jednego. — Zwilżył wargi. — Przynajmniej, dziesięciu na jednego.

— Muszą wytrzymać — powiedział Watson. — Powiedz Reifowi i Chessmanowi, że flanka musi wytrzymać.

Piechota nieprzyjaciela licząca setki tysięcy ludzi uderzyła w linię Tulan z hukiem ogłuszającego militarnego gromu. Barry Watson nakazał dalszy marsz. Wysłał bębnom sygnał zmiany rytmu. Falanga ruszyła naprzód powoli, po czym stopniowo przekształciła się w klin. Każdy oddział został lekko wysunięty w stosunku do następnego. Proste szeregi koczowników i rebeliantów musiały się z konieczności załamać.

Bębny biły nieustannie bum, bach, bum, bach, bum, bach, bum.

Falanga Tulan poruszała się powoli, ukośnie w poprzek doliny. Jeż włóczni bezlitośnie naciskał na masę piechoty wroga przed nimi.

Sierżanci maszerowali z tyłu, przekrzykując hałas.

— Ej ty! Na opatrunek. Zostałeś trafiony, wynoś się do tyłu.

— Nic mi nie jest — warknął raniony włócznik ogarnięty gorączką walki.

— Powiedziałem spadaj — ryknął sierżant. — Ej ty, zajmujesz jego miejsce.

Falanga Tulan parła do przodu.

Jeden z sierżantów uśmiechnął się nieznacznie do Barry'ego Watsona, podczas gdy jego ludzie szli naprzód z precyzją sławnych „Rockettes5” z innej epoki.

— To działa — powiedział z dumą.

— To nie moja zasługa — roześmiał się Barry Watson. — To wymyślił facet imieniem Filip Macedoński, daleko stąd w czasie i przestrzeni.

— Nasza jazda na prawej flance zaczyna się cofać — zawołał Cogswell. — Joe pyta, czy możesz wysłać jakieś wsparcie.

— Nie — odpowiedział Watson z kamienną twarzą. — Powiedz Joemu i chanowi, że muszą wytrzymać. Niech tam poślą te odziały konnych, do których nie mamy zaufania. Te, co próbowały się zbuntować tydzień temu.

Joe Chessman stał na wzgórzu w otoczeniu wyższych oficerów chana i pozostałych Ziemian. Natt Roberts obsługiwał radio. Odwrócił się do reszty i zmartwiony powtórzył wiadomość.

Chessman spojrzał w dolinę. Trzydziestotysięczna falanga spychała piechotę nieprzyjaciela z precyzją maszyny. Popatrzył na zbocze, na którym nieprzyjacielska jazda wyginała prawą flankę. Jeśli jazda dostanie się na tyły Tulan, bitwa będzie przegrana.

— Okej, chłopaki — mruknął, krzywiąc się, Chessman. — Jesteśmy w kleszczach. Hawkins!

— Tak — powiedział pilot.

— Zrób, co możesz. Użył wszystkich bomb, jakie masz, łącznie z napalmem. Leć najniżej, jak możesz, by wystraszyć ich konie. Tylko staraj się, w miarę możliwości, nie zbombardować naszych — dodał kwaśno.

— Ty tu jesteś szefem — powiedział Hawkins i pobiegł do swojego samolotu zwiadowczego.

— Gdy robiłem stopień naukowy z prymitywnych społeczeństw i ich taktyki militarnej, nie miałem wtedy akurat czegoś takiego na celu — mruknął Joe Chessman. — Idziemy!

Nic więcej nie było do powiedzenia. Ziemianie zaśmiali się i wzięli swoje wyposażenie, pistolety maszynowe, strzelby, miotacze ognia, granaty i poszli za nim w dół wzgórza w kierunku bijatyki.

— Chanie, teraz to już twój problem — rzucił przez ramię Chessman w kierunku Reifa. — Staraj się utrzymywać kontakt przez radio zarówno z nami jak i z Watsonem.

Reif wahał tylko przez chwilę.

— Ta bitwa już nie wymaga dowodzenia. Wojownik ma teraz większą wartość od chana. Chodź synu. — Chwycił dwulufowy muszkiet i pospieszył za Ziemianami. Dziesięcioletni Taller pobiegł za nim z rewolwerem.

— Jeśli uda nam się powstrzymać ich jazdę tylko przez pół godziny, falanga Watsona odepchnie ich piechotę w kierunku przełęczy — powiedział Natt Roberts. — W tę stronę przechodzili trzy dni; nie dadzą rady przejść w tamtą w ciągu kilku godzin.

— I takie było założenie — powiedział ponuro Joe Chessman. — Chodźmy!




  1. Rockettes – zespół baletowy tańca precyzyjnego. Jego numer „Marsz ołowianych żołnierzyków” jest wykonywany przez zespół od lat 30. XX w. Zespół tradycyjnie uświetnia uroczystości państwowe w Stanach Zjednoczonych.

Ten dokument jest dostępny na licencji Creative Commons: Attribution-NonCommercial-ShareAlike 3.0 Generic (CC BY-NC-SA 3.0). Może być kopiowany i rozpowszechniany na tej samej licencji z ograniczeniem: nie można tego robić w celach komercyjnych.

These document is available under a Creative Commons License. Basically, you can download, copy, and distribute, but not for commercial purposes.

Creative Commons License
Download:Zobacz też:



Webmaster: Irdyb (2011)