home

„Książka nie jest towarem!”

Z czego jednak mają żyć autorzy?

Świat musi znaleźć alternatywny sposób wynagradzania twórców.

IX.

Barry Watson, Dick Hawkins, Natt Roberts, starzejący się Reif i jego syn Taller, wchodzący właśnie w wiek męski, szli długim pałacowym korytarzem. Twarze mieli jednakowo blade z powodu braku snu. Tyły zabezpieczało im sześciu żołnierzy tulańskiej piechoty.

Oczy mijanych po drodze, z prawej i z lewej, funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa skupiały się na wnoszonej zupełnie otwarcie broni. Uświadamiając sobie, co widzą, odwracali natychmiast wzrok i pozostawali na swoich posterunkach. Jedynie pewien sierżant otworzył usta, protestując:

— Sir — zwrócił się z wahaniem do Watsona. — Wchodzicie z bronią do miejsca pobytu Numeru Pierwszego.

— Milczeć! — uciszył go Natt Roberts.

— To wszystko, sierżancie — powiedział Reif.

Poszli dalej korytarzem odprowadzani pustym wzrokiem funkcjonariusza.

Watson i Reif odepchnęli na boki dwóch tulańskich żołnierzy stojących przed drzwiami, po czym wszyscy bez pukania weszli do środka.

Joe Chessman podniósł zmęczony wzrok sponad zawalonego stosem map i depesz biurka. W pierwszej chwili jego dłoń wyciągnęła się w kierunku ciężkiego wojskowego rewolweru w kaburze na prawym boku, ale potem rozpoznał przybyłych i opuścił rękę.

— Co znowu? — zapytał głosem na krawędzi załamania.

Watson wystąpił jako rzecznik.

— Wszędzie to samo — powiedział. — Komuny są na skraju rewolty. Za mocno zostały przyciśnięte. Osiągnęły punkt, w którym już za cholerę nie ustąpią. Jedna iskra i całe Texcoco stanie w ogniu.

— Potrzebne są natychmiastowe reformy — dodał zimno Reif. — Trzeba ich uspokoić. Ogłosić, że będzie więcej dóbr konsumpcyjnych, mniejsze podatki państwowe, a przede wszystkim, że zostanie ograniczone działanie Służby Bezpieczeństwa. Jeśli im zaraz to obiecamy, powinniśmy się utrzymać.

Prawy kącik ust ponurej twarzy Joe'ego Chessmana zadrgał. Młody Taller nie próbował skrywać swej dezaprobaty na widok słabości innych w chwilach stresu.

Wzrok Chessmana zatoczył krąg po zebranych.

— I to jest jedyne wyjście? To spowolni nasz program rozwoju przemysłu ciężkiego. Możemy nie zdążyć prześcignąć Genui tak szybko, jak planowaliśmy.

Watson z irytacją machnął ręką.

— Słuchaj, Chessman, czy to ciebie nie dociera? To, czy w produkcji stali dogonimy Amschela Mayera, nie jest teraz ważne. Wszystko jest postawione w tej chwili na ostrzu noża.

— Nie waż się mówić do mnie w ten sposób, Barry — warknął groźnie Chessman. — Ja podejmuję decyzje. Ja wyznaczam plany. Jak duża część armii tulańskiej jest lojalna? — zwrócił się do Reifa.

Starzejący się Tulanin spojrzał pierw na Watsona, a dopiero potem odpowiedział Joe'emu Chessmanowi.

— Cała armia tulańska jest lojalna... w stosunku do mnie.

— Dobrze. — Chessman odepchnął leżące przed nim depesze, tak że część z nich spadła na podłogę. Odsłonił mapę sztabową. — Jeśli zgnieciemy z pół tuzina tutejszych komun... Ale tak solidnie! Wtedy pozostałe...

— Ty nas wcale nie słuchasz, Chessman — przerwał mu Watson, mówiąc bardzo powoli i tak cicho, że prawie nie było go słychać. — Już ci mówiliśmy, wystarczy tylko iskra.

Joe Chessman usiadł z powrotem w fotelu i popatrzył na nich ponownie, na jednego po drugim. Oceniając. Na moment tik na twarzy ustał, a oczy odzyskały dawną czujność.

— Rozumiem — powiedział. — A wy wszyscy zalecacie kapitulację przed ich żądaniami?

— To nasza jedyna szansa — powiedział Hawkins. — I nie mamy pewności, czy to zadziała. Zawsze jest możliwość, że jak rzucimy im trochę okruchów, to zażądają całego bochenka. Trzeba wziąć pod uwagę, że niektórzy z nich żyją w takim napięciu już od dwudziestu pięciu lat. Zawór bezpieczeństwa może nie wytrzymać.

— Rozumiem. — Chessman odchrząknął. — I co jeszcze? Widzę po waszych twarzach, że to nie wszystko.

Trzej Ziemianie nie odpowiedzieli, uciekając wzrokiem.

Chessman spojrzał na młodego Tallera, a potem na Reifa.

— Co jeszcze? — zapytał.

— Potrzebujemy kozła ofiarnego — odpowiedział Reif obojętnym tonem.

Joe Chessman zastanawiał się przez chwilę, po czym spojrzał na Watsona.

— Całe państwo Texcocańskie jest na krawędzi upadku — powiedział Barry Watson. — Nie tylko musimy obiecać im natychmiastowe reformy, ale musimy również zwalić na kogoś winę za dawne błędy i wypaczenia. Ktoś musi wziąć na siebie razy, zostać rzucony wilkom na pożarcie. Jeśli nie, to pewnie winy zostaną przypisane nam wszystkim.

— No tak — powiedział Chessman. Jego zaczerwienione oczy w zamyśleniu zatoczyły jeszcze raz krąg po zebranych. — Chyba będzie można wykopać kilku lokalnych przywódców i jakichś oficerów Służby Bezpieczeństwa.

Jego oczy powędrowały ku Reifowi.

— Chan jest najwyższy rangą wśród Texcocan — powiedział chłodno. — Chan i kilku oficerów bezpieczeństwa powinno ich zadowolić.

— Obawiam się, że nie — odpowiedział równie chłodno Reif. — To ty, Josephie Chessmanie, jesteś Numerem Jeden. To twój pomnik stoi na głównym placu w każdej komunie. To twój portret wisi w każdym centrum dystrybucji, każdej jadalni, w każdej szkolnej klasie. To ty wielokrotnie nam przypominałeś, że jesteś Numerem Jeden. Mój tytuł nic już nie znaczy.

Joe Chessman zaklął brzydko, wyciągnął pistolet i strzelił, zanim tulańscy żołnierze zdążyli do niego doskoczyć. Wyrwali mu broń z ręki i unieruchomili, ale już było za późno.

Reif cofnął się o dwa kroki trafiony pociskiem z wielkokalibrowego pistoletu. Chwycił się dłonią za brzuch i zatoczył w kierunku krzesła. Opadł na nie ciężko, spojrzał na syna, po twarzy przeleciał mu cień rozbawienia, po czym wyszeptał niezrozumiale: — Chan. — I umarł.

— Ty idioto — wrzasnął na Chessmana Natt Roberts. — Chcieliśmy zorganizować dla ciebie wielki, wyreżyserowany proces. Skazać cię na więzienie, a potem ogłosić, że umarłeś w celi i przeszmuglować cię na „Pedagoga”.

— Weźcie go na zewnątrz i zastrzelcie — rzucił Watson w kierunku żołnierzy.

Tulanie pociągnęli narzekającego i przeklinającego Chessmana do drzwi.

— Poczekajcie chwilę — zawołał Taller.

Watson, Roberts i Hawkins odwrócili się do niego.

— Chyba można to wykorzystać znacznie lepiej — powiedział Taller.

Jego głos był całkowicie pozbawiony emocji.

— Ten człowiek zabił mojego ojca i mojego dziadka, dwóch chanów Tuli, wodzów najpotężniejszego miasta na Texcoco, zanim przybyli tu Ziemianie.

Strażnicy zawahali się. Watson powstrzymał ich skinieniem dłoni.

— Proponowałbym, żebyście oddali go mnie, a ja postąpię z nim zgodnie z tradycją Ludu — powiedział Taller.

— Nie — zawołał chrypliwie Chessman. — Barry, Dick, Natt, odeślijcie mnie na „Pedagoga”. Pozostanę tam odsunięty od wszystkiego. Może Mayer będzie mógł wykorzystać mnie na Genui.

Nawet nie spojrzeli w jego stronę i tylko Roberts odpowiedział mu ze złością:

— Mówiliśmy ci, że wystarczy tylko iskra. A teraz zabiłeś chana, najpopularniejszego człowieka na Texcoco. Nie ma dla ciebie ratunku.

— Żaden z was nie studiował naszych tradycji, obyczajów — powiedział Taller. — Ale teraz chyba rozumiecie dodatkowy efekt, jaki będzie miało przejęcie władzy przeze mnie. Będzie znacznie bardziej... korzystniej wykorzystany upadek tego... tego szalonego mordercy.

— Słuchajcie, Barry, Natt — wykrzyknął z desperacją Chessman. — Jeśli już musicie, to zastrzelcie mnie. Niech przynajmniej umrę jak człowiek. Oni składają ofiary z ludzi. Pamiętacie tych jeńców w Tuli, gdy przybyliśmy? Wyobrażacie sobie, co oni wyprawiają w tych świątyniach? Barry, Dick, przez wzgląd na stare czasy... chłopaki...

— Jest twój — powiedział Barry Watson do Tallera. — Jeśli to nam nie pomoże, to już nic nam nie pomoże.


Ten dokument jest dostępny na licencji Creative Commons: Attribution-NonCommercial-ShareAlike 3.0 Generic (CC BY-NC-SA 3.0). Może być kopiowany i rozpowszechniany na tej samej licencji z ograniczeniem: nie można tego robić w celach komercyjnych.

These document is available under a Creative Commons License. Basically, you can download, copy, and distribute, but not for commercial purposes.

Creative Commons License
Download:Zobacz też:



Webmaster: Irdyb (2011)